She's like heroin to me
Dość duży pokój na parterze mający spełniać rolę gabinetu w ogromnej posiadłości państwa Blacków, spowity był w półmroku. Jedynym jasnym elementem było kilka lampek gazowych umieszczonych w centralnych miejscach pomieszczenia. Wątłe promienie migotały na cynamonowych ścianach, tworząc jednocześnie cienie o dość dziwacznych i nieokreślonych kształtach. Przy obszernym biurku pod oknem siedział siwy mężczyzna kreśląc coś w głębokim zamyśleniu na pergaminie, a w jego oczach chował się dziwny blask. Niebieskie tęczówki przypominające swym kolorem wiosenne niebo pełne były powagi, która maskowała cień strachu. Nagle w gabinecie rozległ się głośny trzask i na perskim, bogato zdobionym dywanie aportowało się dwóch mężczyzn w średnim wieku. Pan domu podniósł wzrok z nad swoich notatek, na których widniał teraz dorodny kleks i bliżej nieokreślony malunek stworzony chwilę temu.
- Witaj Alabastorze!- powiedział dość cicho jeden z nich ściągając z ramion przemoczony płaszcz podchodząc bliżej. Drugi z mężczyzn również mruknął coś niewyraźnie na powitanie i wyciągnął z kieszeni różdżkę osuszając płynącym z niej ciepłym powietrzem skraj szaty.
- Dobrze, że już jesteście. Usiądźcie proszę.- odparł właściciel posiadłości i wskazał na dwa fotele obite czerwonym materiałem. Sam wstał i podszedł do barku stojącego w kącie pokoju, zastawionego najróżniejszymi alkoholami. – Czego się napijecie?
- Ja poproszę o whisky, tak na rozgrzanie.- odezwał się dość pogodnie łysiejący mężczyzna o krępej budowie i dorodnych rumieńcach na policzkach. Natomiast jego towarzysz, wysoki jegomość o surowym wyrazie twarzy ruchem ręki podziękował za kuszącą propozycję i zaczął przyglądać się swoim długim palcom. Gdy tęgi mężczyzna otrzymał swój trunek i jednym chlustem wypił połowę zawartości kieliszka nastała niezręczna cisza.
- Alabastorze, wiesz w jakiej sprawie tu jesteśmy. Nie chodzi tylko o Yaxleya i to jak dał się złapać. Dobrze wiesz, że ministerstwo zaczyna węszyć, czegoś się domyślać.- odezwał się w końcu, do tej pory dość milczący, szczupły mężczyzna.
- Słyszałem to od samej pani Minister, jest zaniepokojona tą sprawą. W dodatku Prorok narobił zbędnego szumu. Jeden z kierujących całym Departamentem Tajemnic próbuje z niego wynieść cenne informacje nad którymi pracuje już od dawna wielu specjalistów, nagła i niewyjaśniona śmierć kilku osób i wiele tajemniczych wydarzeń na terenie całego kraju.- powiedział dość spokojnie i westchnął cicho obracając w dłoni szklane naczynie napełnione brunatnym płynem.
- Za dużo spraw na raz, ludzie zaczynają wyczuwać, że coś się dzieje. Trzeba uspokoić całą sprawę, a później możemy działać dalej.- wtrącił ostatni z mężczyzn odstawiając na biurko pusty kieliszek.
- Wydaje mi się, że Egon ma rację. Z czasem wszystko ucichnie i ludzie zapomną. Obawiam się tylko jednego, że Czarny Pan nie będzie chciał czekać.- szepnął Black Senior i poruszył się nerwowo zerkając w stronę drewnianych drzwi jakby spodziewając się, że dojrzy w nich coś podejrzanego.
- Na brodę Merlina, Black!- powiedział człowiek nazwany Egonem.- Wydaje ci się, że jemu tak zależy na rozgłosie? Sam mówił, że...
- Nie musisz mi powtarzać Lestrange, co powiedział Czarny Pan. Doskonale znam polecenia, które wydaje wszystkim śmierciożercom, więc nie masz prawa...- syknął poruszony wypowiedzią przyjaciela, lecz nagle przerwał. Spojrzał w stronę przejścia do korytarza, skąd było wyraźnie słychać czyjeś szybkie kroki. Wszyscy trzej zastygli w oczekiwaniu. Po chwili klamka opadła w dół, a zza mahoniowych wrót wyłoniła się postać kobiety ubranej w jasnozieloną suknię ozdobioną mnóstwem falbanek. Niebieskie oczy pani Black przebiegły po twarzach zgromadzonych, a jej usta wykrzywiły się lekko w grymasie niezadowolenia.
- Och... Alabastorze, nie mówiłeś, że będziemy mieli gości!- obrzuciła męża karcącym wzrokiem. Jedyne, co zaniepokoiło Blacka w jej spojrzeniu nie była złość, a dziwny błysk niewróżący niczego dobrego.
- Wybacz nam Elizabeth, to nasza wina.- Zwrócił się do niej łysiejący mężczyzna podnosząc się z fotela i całując jej drobną dłoń.- Widzisz, wysłaliśmy wiadomość o przybyciu chwilę przed tym jak się tu pojawiliśmy. Można powiedzieć, że to niespodziewana wizyta.- Uśmiechnął się szeroko, z podziwem przyglądając się wciąż pięknej twarzy pani domu. Kobieta lekko skinęła głową i odrzuciła włosy do tyłu, niczym Willa próbująca oczarować swoją ofiarę.
- Rozkaże skrzatom przynieść jakieś zakąski. Wybaczcie tą nieuprzejmość ze strony męża, ale mężczyźni nie mają głowy do takich spraw.- uśmiechnęła się uprzejmie i klasnęła dwukrotnie w dłonie. Po chwili tuż u jej stóp pojawił się mały skrzat domowy o kartoflowatym nosie i wąskich ustach, które pozostawały lekko otwarte, spoglądając na panią z nieukrywanym podziwem.
- Mrozku przynieś z tace z ciastkami i jakieś zakąski.- wydała polecenie skrzatowi, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.- Przejdźmy do salonu, wydaje mi się, że będzie tam wygodniej niż w tym zagraconym gabinecie. Już od dawna powtarzam Alabastorowi, żeby pozwolił zająć mi się tym bałaganem.- dodała już nieco milej i machnęła teatralnie ręką.
- Ależ Elizabeth, nie fatyguj się tak, my tylko na chwilę.- starał się złagodzić sytuację łysiejący mężczyzna.
- Właściwie moja droga jest dosyć późno. Powinniśmy już wracać.- podjął temat Lestrange zerkając na zegarek i wstając by pożegnać się z panią domu.
Pani Black jeszcze przez chwilę usiłowała ich przekonać by zostali jednak jej starania spełzły na niczym. Gdy rozległy się dwa znajome odgłosy deportacji, siwiejący mężczyzna odetchnął z ulgą.
- To był ciężki dzień...- mruknął bardziej do siebie, niżeli do żony stojącej przy dogasającym kominku.
- Alabastorze...- zaczęła nieśmiało jakby obawiając się jego reakcji.- Ty też jesteś w to zamieszany?- zapytała cicho patrząc ze strachem na męża, co było do niej zupełnie niepodobne. Ten westchnął lekko i spojrzał na nią jakby nie miał siły na odpowiedź, jakby to spojrzenie miało tłumaczyć więcej niż słowa.
- Elizabeth, proszę nie pytaj. Tak będzie bezpieczniej dla ciebie i naszej rodziny.- odparł dopiero po chwili mnąc uprzednio zapisany pergamin. Dobrze wiedział, że nie może tego ukryć przed nią, kobietą która kiedyś była jego lekarstwem na wszelkie zło. Jednak teraz tego zła było zbyt wiele by mogła sobie poradzić z nim tak krucha istota. Wstał zza biurka i ucałował żonę w czoło biorąc tym samym na siebie odpowiedzialność, która niszczyła go z każdym dniem.
^^^
Jak co roku o tej porze, atmosfera w Hogwarcie diametralnie gęstniała, a powietrze nasycone było zapachem oczekiwania i napięcia. W połowie maja miały rozpocząć się egzaminy końcowe, co u części uczniów wywoływało dziwne odczucie nagłej zmiany temperatury i ogólnego niepokoju. Rzadko można było zobaczyć któregoś z siódmoklasistów na korytarzach szkoły. Teraz najczęstszym miejscem ich przebywania była biblioteka i te cichsze zakątki Pokoju Wspólnego. Natura nie sprzyjała jednak atmosferze nauki, wprost przeciwnie, dni stawały się coraz cieplejsze i bardziej nęcące.
Tego dnia wielu uczniów postanowiło jednak podjąć próbę dokształcania się na świeżym powietrzu, co graniczyło niemalże z cudem, zważając na latające tu i ówdzie rozochocone ptaki, szkolne pary przechadzające się za rękę i hałasujących uczniów młodszych klas, dla których egzaminy zaczynały się dopiero w czerwcu.
Iteke z irytacją spojrzała na grupę dziewcząt chichoczących w rogu Pokoju Wspólnego i wymownie przewróciła oczami. Po raz kolejny próbowała skupić myśli na literach układających się w skrzętnie zapisane zdania. Nawet różnokolorowy atrament, którym podkreśliła notatki, nie był w stanie przyciągnąć jej uwagi. Jedyne, co teraz tłukło się o wnętrze jej czaszki było pragnieniem uwolnienia się z tego dusznego pomieszczenia przepełnionego ciężkim, sennym powietrzem.
Westchnęła z rezygnacją i podniosła wzrok na chłopaka siedzącego kilka foteli dalej, który zdawał się być niesamowicie zajęty lekturą jakiegoś opasłego tomiska, jeśli jednak przyjrzeć się bliżej można było dostrzec, że jego oczy utkwione są w jednym miejscu kartki. Dziewczyna przeciągnęła się i ziewnęła lekko, poczym wstała odkładając na stolik kartki pergaminu zespolonego zielonym spinaczem. Gdy usiadła na przeciwko Rudolfa ten zdawał się tego nie zauważyć. Jedną ręką przygładziła zmarszczki spódnicy szkolnej szaty i odchrząknęła znacząco próbując zwrócić na siebie jego uwagę.
- Rudolfie czy mógłbyś poświęcić mi chwilkę?- zapytała z lekką irytacją spoglądając na chłopaka. Ten popatrzył na nią nieco nieprzytomnie i skinął głową na znak zgody.
- Wciąż wydaje mi się, że mnie ostatnio unikasz. Czy ma to jakiś związek z...- zaczęła śmiało jednak w pewnym momencie poczuła jak czyjaś dłoń zaciska się na jej barku. Podniosła głowę i spojrzała w brązowe oczy Bellatrix, która teraz z lekkim uśmiechem zniżyła się ku niej.
- Lepiej zamilknij Blaise, bo to nie miejsce ani nie czas.- syknęła jej do ucha i usiadła na oparciu fotela Rudolfa mierzwiąc lekko jego ciemne włosy. Chłopak wcale nie wydał się zdziwiony tym dość śmiałym gestem.
- Daj spokój Bella. Iteke ma prawo zapytać, a odpowiedź jest nadzwyczaj banalna. Egzaminy się zbliżają, nauczyciele zadają coraz więcej ćwiczeń praktycznych, co samo w sobie jest bardziej męczące niż teoria i w dodatku...- zamilkł na chwilę i wyjął z pod stosu papierów i książek leżących na stoliku zmiętą gazetę i podał ją dziewczynie.- Tyle szumu wokół jednej sprawy.
Brązowowłosa spojrzała na wydanie Proroka Codziennego z poprzedniego dnia i z zainteresowaniem przyjrzała się zdjęciu pani Minister, która z dość zafrapowaną miną odpowiadała na szczegółowe pytania dziennikarzy. Pod dość sporym zdjęciem pojawił się reportaż niejakiego Charlsa Shacka, który relacjonował ostatnią aferę w Ministerstwie Magii.
„Zaufany współpracownik stał się zdrajcą! (...) Jak wiadomo z nieoficjalnych źródeł mężczyzna nie działał sam. Ministerstwo poszukuje współodpowiedzialnych za to przestępstwo.”
Przebiegła wzrokiem po tekście i ponownie spojrzała na chłopaka.
- Słyszałam o tym. Chciał wykraść z Departamentu Tajemnic jakieś ważne informacje, ale go złapali. Swoją drogą, trzeba być idiotą, żeby tak ryzykować. Istniało wiele sposobów. Jednak co to ma wspólnego z...- Bellatrix ponownie przerwała jej pytanie prychając niczym rozjuszona kotka. Iteke z irytacją spojrzała na ciemnowłosą Ślizgonkę i już miała powiedzieć coś niemiłego, gdy dostrzegła, że w ich kierunku zmierza Nadya. Jej zaróżowione policzki kontrastowały z dość bladą cerą, a malinowe usta rozjaśnił promienny uśmiech.
- Wy tu wciąż siedzicie? - zapytała usadawiając się tuż obok Iteke - Pogoda jest cudna. – dodała z rozmarzenia. Pachniała świeżym, wiosennym powietrzem, a jej brązowe loki wyglądały jakby właśnie przeżyły jakąś silną wichurę.
- O ile się nie mylę Malfoy, to za sześć tygodni rozpoczynają się owutemy i każdy ambitny uczeń bierze teraz książkę w dłoń, a nie gania za chłopakami po błoniach.- syknęła Bellatrix z ironią, patrząc jak pogodna twarz dziewczyny siedzącej na przeciwko niej tężeje. Nadya wyprostowała się dumnie i spojrzała ze złością na koleżankę.
- Czasami trzeba odświeżyć umysł, ale rozumiem, że twój jest już tak zaśniedziały, że nawet świeże powietrze nic tu nie zdziała. Tak poza tym wydawało mi się, że ty i Nott wcale nie byliście zajęci nauką, gdy widziałam was w korytarzu prowadzącym do lochów.- Zawiesiła głos obserwując reakcję czarnowłosej. Bella zacmokała nie tracąc pewności siebie.
- A skąd wiesz czym byliśmy zajęci? Poza tym radzę ci nie wkładać tego zgrabnego noska między drzwi, bo później nawet sam Merlin nie zdoła go naprawić.- Fuknęła wstając z oparcia fotela i ruszyła w stronę dormitoriów dziewcząt wysoko unosząc głowę.
- Nay, ja chyba też powinnam się przewietrzyć, bo na niczym nie mogę się skupić. Chodź ze mną.- powiedziała szybko Iteke nie chcąc pozwolić, aby ta kłótnia nabrała poważniejszy wydźwięku. Chwyciła koleżankę za nadgarstek i pociągnęła ją w stronę wyjścia z pokoju. Wyraz twarzy szatynki mówił sam za siebie, wystarczyłoby jeszcze jedno zdanie z ust Ślizgonki, a ta gotowa była rozpętać prawdziwą wojnę.
- Dlaczego nie pozwoliłaś mi...?- zaczęła ostrym tonem, gdy były już w korytarzu oświetlonym jedynie blaskiem pochodni przyczepionych do ścian.
- Na Salazara Slitherina! Nadya pomyśl, choć chwilę! Jesteś pewna, że chcesz mieć wroga w Bellatrix?- przerwała jej z irytacją i wzniosła oczy ku niebu.
- To ona zaczęła, po drugie ja wcale nie uganiałam się za chłopcami, tylko byłam na spacerze. Dobrze wiesz, że rodzice by mnie chyba wyklęli, jeśli związałabym się z jakąś szlamą, a tych jest teraz pod dostatkiem w Hogwarcie.- powiedziała już nieco ciszej i zrobiła obrażoną minę. W milczeniu doszły na szkolne błonia. Słońca przygrzewało, a wiatr niósł ze sobą zapach mokrej ziemi i pierwszych, wiosennych kwiatów. Iteke nabrała powietrza w płuca i przymknęła powieki, stała tak przez chwilę by jej skóra mogła złapać jak najwięcej promieni słońca, które zdawały się przez nią przenikać i rozchodzić się krwioobiegiem po całym ciele. W pewnym momencie usłyszała gdzieś niedaleko radosny śmiech przyjaciółki. Z niechęcią uniosła powieki i spojrzała na oślepiające słońce, po czym zwróciła wzrok na źródło owych radosnych okrzyków. To, co zobaczyła wywołało na jej twarzy wyraz politowania.
Nastrój:
tagi:
Kolejne dziwne przedmioty upadały na podłogę dormitorium dziewcząt siódmego roku. Ciężkie woluminy obite w skórę, album ze zdjęciami, stosy ubrań, dwa pawie pióra, mosiężna waga, opakowanie po Wybuchowych Pierniczkach z nadal iskrzącymi się okruszkami, „Kodeks młodego arystokraty" i wiele innych rzeczy, o których nie wiedziała zapewne sama ich właścicielka. W środku tego bałaganu siedziała ciemnowłosa dziewczyna z burzą loków na głowie. Na jej policzkach pojawiły się dwa dorodne rumieńce, ona sama spojrzała ze zrezygnowaniem na puste dno kufra. Oparła się plecami o róg łóżka i potrząsnęła głową, jakby usilnie próbowała coś sobie przypomnieć.
Drzwi sypialni otwarły się nagle, a do środka weszła jej współlokatorka. Iteke, widząc taki stan rzeczy przystanęła na chwilę wpatrując się w Nadye oszołomionym wzrokiem. Dziewczyna była zawsze trochę roztrzepana i nie można jej było zaszczycić mianem pedantki, ale jeszcze nigdy nie zachowywała się tak dziwnie.
- A to, co ma znaczyć? Przeszedł tędy jakiś huragan?- zapytała z irytacją, zakładając ręce na piersiach. Czarnowłosa podniosła głowę i spojrzała na nią ze złością mieszającą się z frustracją.
- Dzisiaj rano, na szafce nocnej zostawiłam list, bardzo ważny list. Wzięłaś go?- zapytała oskarżycielsko, zaciskając drobne ręce w pięści. Dziewczyna stojąca w drzwiach prychnęła głośno i nie odpowiadając na pytanie zajęła się wyjmowaniem książek ze swojej torby. Brunetka zacisnęła zęby i starając się nie nadepnąć na nic ruszyła w stronę drzwi, po czym wyszła z sypialni trzaskając nimi ostentacyjnie.
Iteke spojrzała na bałagan jaki pozostawiła po sobie jej współlokatorka i westchnęła cicho, biorąc do ręki leżącą na wierzchu cienką książeczkę. Na okładce błyszczały złote litery „Kodeks młodego arystokraty". Siadając na łóżku otwarła ją na pierwszej stronie i odczytała szeptem pierwsze zdanie: „Memoria bene redditae vitae sempiterna est" *. Przymknęła na chwilę oczy, oddychając zapachem tej starej zasady, którą tak dobrze znała już od dzieciństwa.
Musiała żyć na tyle, by móc być z tego dumną.
Często była już zmęczona ciągłymi wymaganiami jej świata, zasadami, zwyczajami. Krew płynąca w jej żyłach miała przynosić dumę i wyższość nad innymi, jednak często zsyłała na nią niepotrzebne uwagi i zbyt wygórowane wymagania. Sama przed sobą nie potrafiła przyznać się do słabości. Wciąż dążyła by pierwsza zasada tego swoistego regulaminu została spełniona.
Podniosła powieki, a jej oczom znów ukazał się ten sam świat, może tylko nieco bardziej zamazany. Wstała z posłania, rzucając ostatnie spojrzenie na harmider panujący w pokoju. Skierowała się ku drzwiom, przez które kilka minut temu wyszła Nadya.
Postanowiła najpierw udać się na obiad, a później zająć się wypracowaniem z transmutacji. Szybkim krokiem przemierzyła odległość z lochów do głównego holu. O tej porze po korytarzach zamku snuło się niewielu uczniów, a byli to głównie ci z wyższych klas, dlatego w spokoju mogła się udać do zamierzonego celu.
Gdy weszła do Wielkiej Sali szukając wzrokiem jakiejś znajomej twarzy dostrzegła swoją przyjaciółkę, która teraz rozmawiała o czymś przyciszonym głosem z rok starszą Krukonką. Iteke usadowiła się na drugim końcu stołu Ślizgonów i zajęła się pieczonymi ziemniakami. Jednak nie dane jej było dokończyć posiłek w spokoju. W jej kierunku zmierzał postawny brunet o niezbyt zadowolonej minie.
- Musimy porozmawiać.- szepnął nachylając się nad dziewczyną, jednocześnie kładąc rękę na jej ramieniu. Spojrzała na Rudolfa pytająco, ale ten w odpowiedzi chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia.
Zapach stęchlizny i wilgoci uderzył ich w nozdrza, gdy weszli do jednego z dawno zapomnianych korytarzy w lochach Hogwartu. Wydawać się mogło, że chłopak dobrze zna drogę . Oddychał szybko, a z jego ust unosiła się biała para, szedł dość szybko. Nagle zatrzymali się przed drewnianymi drzwiami, a Rudolf pociągnął za mosiężną klamkę pokrytą rdzą. Wrota otwarły się ze skrzypnięciem, ukazując wnętrze komnaty spowitej w półmroku.
- Gdzie jesteśmy?- zapytała Iteke rozglądając się po pomieszczeniu, a jej wzrok zatrzymał się na kredensie wykonanym z jasnego drewna, stojącym po lewej stronie. Wąskie promienie światła słonecznego docierały tam jedynie przez szpary w drewnianych okiennicach, przysłaniających wąskie okienko.
- To nieużywane już od lat lochy zachodniej części zamku. Nawet woźny tu nie zagląda. Miejsce, w którym odbywają się spotkania uczniów w nielegalnych celach.- wyjaśnił krótko opierając się o rozpadające się biurko stojące tuż za nim.
- Więc, po co przyprowadziłeś mnie akurat tutaj?- zabrała do ręki starą księgę leżącą na meblu mającym chyba być regałem i otworzyła ją. Atrament wyblakł na tyle, że nie można było nic odczytać, ale znalazła tam też kilka zasuszonych płatków róży i kawałek pergaminu złożony na pół.
- Jak już mówiłem chcę z tobą porozmawiać, albo raczej poprosić cię o przysługę.- odpowiedział wstając i podchodząc do kredensu, który przykuł uwagę dziewczyny. Otworzył jedną z szuflad i wyjął z niej małą paczuszkę owiniętą w szary papier.- Otwórz.- powiedział spokojnie podając jej pakunek. Dziewczyna rozerwała opakowanie, a na jej dłoń wypadł złoty medalik z wygrawerowanym herbem rodowym Blaise.
^
Pierwszy kwietniowy poranek przyniósł ze sobą promienie słońca, które grzały co raz mocniej, powodując topnienie ostatnich płatów śniegu. Świat nieśmiało budził się do życia wydając kolejne pąki różnobarwnych kwiatów. Zmarznięta dotąd ziemia zdawała się oddychać pełną piersią.
W centrum Londynu nie było widać rozkwitu roślinności, jednak i tam słońce docierało nawet do najciemniejszych zakątków brukowanych uliczek.
Ciepło wlewało się nieśmiało przez zakurzone okna starych kamienic, zaglądając do pokoi wciąż śpiących mieszkańców miasta. Przez wyłaniający się z mgły rynek szedł pośpiesznie młody mężczyzna, pogrążony w swoich myślach. Pod pachą niósł Proroka Codziennego zwiniętego niedbale w rulon, a jego szary, nieco wytarty już płaszcz wzdymał się na wskutek uderzeń powietrza. Na głównym skwerze skręcił w lewo i wszedł w wąskie przejście pomiędzy dwoma budynkami. Nagle z jednego ze śmietników wybiegł bury ko,t wpadając mu pod nogi. Mężczyzna zachwiał się, bluzgając na zwierze. Gazeta, którą do tej pory trzymał z przyzwyczajenia zaciśniętą, pod lewym ramieniem upadła na szarą ziemię otwierając się na pierwszej stronie. Ten otrzepując odzienie sięgnął po nią i już miał ruszać dalej, gdy jego wzrok zatrzymał się na nagłówku porannego wydania gazety.
' Niesubordynacja w Ministerstwie Magii?'- tytuł zapisany dość dużymi literami nie mógł pozostać niezauważony, a nawet zdawał się przyciągać uwagę czytelnika.
' Jak donosi jeden z naszych tajnych współpracowników wczoraj, w Ministerstwie Magii doszło do rażących uchybień. Jeden z urzędników zajmujących wysokie stanowisko w Departamencie Tajemnic został tymczasowo aresztowany i obecnie jest przesłuchiwany. Wiadomo jedynie, że „niewymowny" złamał jedną z najbardziej przestrzeganych zasad w tym dziale Ministerstwa. Ze względu na tajność sprawy, jaka jest przeprowadzana nie ujawniamy nazwiska tegoż pracownika. Więcej na str.4.'
Na tym kończyła się, krótka informacja. Mężczyzna jeszcze raz przebiegł wzrokiem po tekście i składając gazetę na pół zerknął na zegarek. Zaklął pod nosem i rozglądając się uważnie dookoła wyjął z kieszeni płaszcza cienką różdżkę. W wąskiej uliczce rozległo się ciche pyknięcie, a mężczyzny już nie było.
^
Na końcu jednego z długich korytarzy Ministerstwa Magi, i znajdował się przestronny gabinet, należący do zastępcy szefa Biura Brytyjskiego Przedstawicielstwa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, w którym znajdowały się dwa biurka, a przez duże okno wpadały promienie porannego słońca. Przy jednym z nich siedział młody brunet przeglądając jakieś notatki. W jednej ręce trzymał kubek z stygnącą kawą. Nagle drzwi do pomieszczenia otwarły się, a w progu pojawił się wysoki, szczupły mężczyzna o płowych włosach. Wyglądał na podekscytowanego czymś. W jednej ręce trzymał poranne wydanie Proroka Codziennego, a w drugą zacisnął na złotej klamce.
- Czytałeś dzisiejsze wydanie Proroka?- zapytał współpracownika, który dopiero teraz zwrócił na niego uwagę i oderwał wzrok od skrzętnie spisanych kartek notesu. Spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- A niby po co? Piszą coś ciekawego? Bo ostatnio wolę tam nawet nie zaglądać, same bzdury.- prychnął pogardliwie i podniósł kubek do połowy wypełniony czarnym płynem. Wypił łyk już nieco zimnej kawy, a na jego twarzy pojawił się grymas.
- Zobacz sam.- rzucił mu gazetę na biurko i oparł się o blat swojego miejsca pracy, patrząc z satysfakcją na zdumioną minę kolegi. Evan z zainteresowaniem czytał kolejne wersy brukowca, po czym odchrząknął i spojrzał na przyjaciela przyglądającego mu się uważnie.
- Wydaje ci się, że chodzi o Rookwooda?- zapytał po chwili namysłu ściszając nieco głos . Blondwłosy mężczyzna potrząsnął czupryną.
- Nie mam pojęcia, a jeśli tak to Czarny Pan nie będzie zadowolony. Ale żeby on był tak głupi... Dobrze znał rozkład strażników, patroli. Wydaje mi się to nieprawdopodobne.- zaczął krążyć po gabinecie zastanawiając się nad czymś gorączkowo.
- Trzeba to sprawdzić. Idź do Gibbona, a ja spróbuję wyciągnąć coś od Croucha.- blondyn skinął głową i opuścił biuro. Młody Rosier zmarszczył brwi i wstał zza biurka rzucając na nie wyświechtaną gazetę i również skierował się do drzwi.
* „Pamięć dobrze przeżytego życia jest wieczna"
Nastrój:
tagi:
Poranne światło wlewało się do małego pokoju na poddaszu, przedzierając się niepewnie przez zakurzoną szybę. Słodki zapach damskich perfum mieszał się z dymem z cygara i wonią whisky, drażniąc nozdrza mężczyzny stojącego przy oknie. Wysoki brunet patrzył obojętnym wzrokiem na ludzi krążących po ruchliwej ulicy, sącząc rdzawy płyn z okrągłego naczynia. Był zimny, styczniowy poranek, wszyscy gdzieś zmierzali nie pamiętając już o tym, że kiedyś słońce grzało dużo mocniej. Pocierali zmarznięte dłonie o siebie w nadziei choć na odrobinę ciepła, chuchając ogrzanym powietrzem, które już po chwili zamieniało się w białą parę.
Mężczyzna oderwał wzrok od tego widoku i spojrzał na kobietę leżącą w łóżku. Rude włosy zasłaniały prawie jej całą twarz, a spod niebieskiej pościeli wyłaniała się zgrabna noga i smukła dłoń, która osuwała się ku podłodze. Odstawiając szklankę z brunatnym trunkiem na stolik, spojrzał na fotografie sprzed kilku lat, oprawioną w złotą ramkę. Przedstawiała dwojga młodych ludzi zapatrzonych w siebie, stojących w ogrodzie pomiędzy wysokimi krzakami czerwonych róż. Chłopak, którego kiedyś dobrze znał , trzymał jedną z nich w dłoni i obejmował rudowłosą dziewczynę, a ta uśmiechała się promiennie. Ostatni raz rzucił okiem na zdjęcie, podszedł do łóżka i usiadł ostrożnie na jego skraju. Odgarnął z twarzy kobiety kilka pukli włosów i delikatnie dotknął jej policzka. Po chwili wstał, zabrał ze stolika kawałek pergaminu i naskrobał na nim kilka zdań. Wyciągnął z kieszeni różdżkę i szepcząc coś pod nosem dotknął nią listu, wyczarował jeszcze czerwone róże i położył je na szafce nocnej obok posłania. Zapiął czarną koszulę i zarzucając płaszcz na ramiona wyszedł z pokoju. Po chwili, przez zakurzoną szybę, można było zobaczyć jak szybkim krokiem przechodzi przez ulicę i znika za rogiem.
*
Śmiechy i wesołe rozmowy niosły się przez błonia, w to jakże słoneczne popołudnie. Uczniowie młodszych klas z nieokiełznaną radością wylegli na dziedziniec, rzucając się w wir bitw, rozgrywanych pomiędzy domami. Natomiast ci nieco starsi spacerowali ciesząc się tak dawno zapomnianymi już promieniami słońca, albo zasiadali na drewnianych, zielonych ławkach postawionych na odśnieżonej ścieżce prowadzącej ku jeziorze, pogrążając się w jakiejś ciekawej lekturze. Iteke nie należała jednak do żadnej z tych grup. Siedziała nad brzegiem jeziora wpatrując się w jego gładką taflę i nucąc coś pod nosem. Ten wspaniały dzień nie mógł pozostać, tak po prostu, kolejnym, nudnym urywkiem jej życia spędzonym za grubymi murami zamku. Gdy jej włosami poruszył lekki wiatr, uśmiechnęła się do swojego odbicia w wodzie i założyła ich kosmyk za ucho. W tym momencie zobaczyła, czyjąś sylwetkę niewyraźnie odbijającą się w szklanej toni. Uniosła głowę i spojrzała w tym kierunku, ale w ostrym blasku słońca zauważyła tylko zarys męskiej postaci. Zmrużyła oczy i dopiero wtedy dostrzegła uśmiechniętą twarz blondyna.
- Daniel!- krzyknęła z radością i spontanicznie zarzuciła mu ręce na szyję. Przylgnęła do niego całym ciałem, jak gdyby każdy jego milimetr dawał jej jakąś siłę. Mężczyzna zaśmiał się radośnie i uniósł ją kilka centymetrów nad ziemię, jak robi się to z dziećmi.
- Oj Ite… Ty nadal jesteś tą małą dziewczynką.- skwitował stawiając ją z powrotem na stabilnym gruncie i zmierzwił jej włosy. Na policzkach dziewczyny pojawiły się radosne rumieńce, a na ustach wykwitł szczery uśmiech.
- Nawet sobie nie wyobrażasz jak się cieszę… Ostatnio tyle się działo.- powiedziała już nieco smutniej.
- Tak? Widzisz, ja też mam ci trochę do opowiedzenia, na przykład to, że zostaniesz ciocią.- rozpromienił się jeszcze bardziej, a w jego oczach pojawiły się ,do tej pory nie ujawniające się, iskierki. Dziewczyna jakby nieco zbladła, ale już po chwili odparła z oszołomieniem:
- Ciocią? Danielu… ty chyba nie mówisz o… o dziecku?- mężczyzna przytaknął czochrając swoje blond włosy.- To… to wspaniale! Będę chrzestną!- zaśmiała się szaleńczo, omal nie wpadając do jeziora.
- A teraz ty mi opowiedz… Co u ciebie słychać?- zaczął obejmując ją ramieniem ruszając brzegiem jeziora w stronę Zakazanego Lasu.
*
Mrok rozlała się pomiędzy starymi murami kamienic, przynosząc wytchnienie marom czającym się w zakamarkach brukowanej uliczki. W małym miasteczku na południu Bułgarii, zapadła już cisza przerywana czasami cichym szczekaniem psa. Było już dobrze po północy. Latarnie rzucały jedynie wąskie, pomarańczowe światło, które nie było w stanie rozproszyć gęstej ciemności. Nagle przez słabo oświetlony skrawek chodnika, pokryty grubą warstwą śniegu przebiegł ledwo zauważalny cień. W głębi nieprzeniknionej nocy czaiło się kilka postaci, które ukradkiem czmychały pod kolejnymi lampami ulicznymi. W pewnym momencie znikły w jednej z wąskich strzelin pomiędzy dwoma budynkami.
- Musimy być ostrożni i niezauważalni. Ta robota ma być wykonana szybko i sprawnie, jeśli jakiś mugol się dowie - oznajmił niski, męski głos. Miał na sobie, tak jak wszyscy uczestnicy tego dziwnego zgromadzenia, czarny, długi płaszcz i kaptur zarzucony na głowę. W ciemności nie można było dostrzec jego twarzy, którą skrywał pod maską. Oddychali szybko, a biała para unosiła się wokół nich niczym zasłona dymna.
- Co jeśli jego tam nie będzie?- zapytał mężczyzna niskiego wzrostu i krępej budowy trzymając w zaciśniętej dłoni drewnianą różdżkę.
- Będziemy się wtedy martwić, a teraz do dzieła. Karkarow, Crabbe, Goley wejdziecie od piwnicy, Trawers i Nott za mną.- wydał polecenie i ruszył w głąb wąskiej uliczki prowadzącej pomiędzy dwiema kamienicami. Zmarznięty śnieg skrzypiał pod ich butami, zagłuszając tym samym stukot kroków. Nagle zatrzymali się naprzeciw drewnianych drzwi, z których złuszczała się zielona farba. Było to na pozór niewidoczne wejście na tyłach domostwa. Mężczyzna stojący z przodu wyciągnął różdżkę i wycelował nią w drzwi. Po chwili rozległ się cichy świst, a wrota otwarły się ze skrzypnięciem. Wszyscy trzej ostrożnie weszli do środka. Znajdowali się w długim, wąskim korytarzu, a wszechogarniający mrok nie pozwalał dostrzec jego końca. Teraz już każdy z nich trzymał różdżkę w pogotowiu, ostrożnie przesuwając się wzdłuż ściany. W końcu, niemalże po omacku, dotarli pod drzwi jednego z mieszkań, na których wisiała mosiężna dziewiątka. Ze środka można było usłyszeć czyjeś przytłumione głosy.
Najwyższy z mężczyzn dał znak reszcie, żeby się przygotowali i po chwili szarpnął za klamkę.
W pokoju panował półmrok, a przed niewielkim paleniskiem, w fotelu siedział potężny mężczyzna popijając burbona z okrągłego kieliszka. Przy wąskim, jedynym w tym pomieszczeniu oknie stała kobieta o długich, ciemnych włosach, przez szparę zasłon obserwując uśpioną ulicę Dimitrowgradu.
- Co zamierzasz z nim zrobić?- zapytał na pozór obojętnie jej towarzysz, cały czas wpatrując się w języki ognia tańczące na drewnianych szczapach.
- Chcę by cierpiał, tak, jak ona. Będzie błagał o śmierć, parszywy nędznik.- syknęła odwracając wzrok na współtowarzysza i splunęła na podłogę z pogardą.
- A co później, gdy będzie po wszystkim? Gdzie się podziejesz?- wypytywał jakby jej odpowiedź nie zrobiła na nim wrażenia.
- Nie wiem… Może zostanę tu, albo wyjadę na wschód. Na pewno nie wrócę do Anglii. Tam Ministerstwo zapewne będzie węszyć, a nie dam się zamknąć w Azkabanie.- odpowiedziała już nieco obojętniej. Podchodząc do stolika nalała sobie bursztynowego płynu do szklanki. W tym momencie rozległ się nagły huk i do pokoju wbiegło trzy zamaskowane postacie , a wraz z nimi posypała się chara zaklęć. Kobieta zdążyła uniknąć strumienia czerwonego światła lecącego w jej kierunku chowając się za sofą. Ze wściekłością zmrużyła oczy widząc jak jej szwagier bezwładnie osuwa się na podłogę. Celując różdżka w stojącego najbliżej napastnika wyszeptała jakieś słowa, a mężczyzna krzyknął i upadł. Korzystając z zamieszania skierowała się w stronę drzwi prowadzących do sąsiedniego pokoju, ale już po chwili poczuła jak kilka zaklęć śmignęło tuż obok niej. Zaklęła cicho pod nosem i patrząc na nieprzytomnego bruneta leżącego w rogu pokoju, próbowała do niego dobiec. Jednak tuż za nią wpadł do pomieszczenia jeden z nich i chcąc, nie chcąc teleportowała się jak najdalej od tego miejsca.
- Cholera! Uciekła, ale Evan jest tutaj.- oznajmił mężczyzna podchodząc do bezwładnego ciała leżącego w kącie.- Żyje…- dodał z ulgą dotykając jego nadgarstka. Po chwili w pokoju pojawiła się reszta jego współtowarzyszy.
- Zajmiemy się nim na miejscu Rookwood.- ponaglił go jeden z nich.
- Trzeba się stąd zwijać, bo zaraz pojawi się mugolska policja. Ty Karkarow, pomóż mi go zabrać, a wy - skinął na dwóch osiłków stojących w drzwiach.- idźcie po Notta i tego grubego.
W mieszkaniu znów zapanowała cisza, jak gdyby nic się tam nie wydarzyło. Tylko na podłodze w salonie leżało potłuczone szkło, a wokół niego rozchodził się ostry zapach alkoholu.
*
Niebo nad Hogsmeade pokryło się grubymi, ciemnogranatowymi chmurami zapowiadając nieuniknioną śnieżycę. Wraz z końcem ferii zimowych, wielu uczniów korzystając z ostatnich wolnych chwil postanowiło wybrać się do miasteczka na zakupy. Jednak nadciągająca z północy nawałnica wystraszyła niejednego Hogwartczyka. Niewielu śmiałków zdecydowało się na pozostanie w wiosce.
Młoda dziewczyna kroczyła dzielnie przez brukowana uliczkę, otulając się szczelniej płaszczem i podciągając szalik w barwach Slytherinu pod sam nos. Coraz silniejsze podmuchy wiatru smagały jej brązowymi włosami, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Skręciła właśnie w lewo, gdy pierwsze płatki śniegu zaczęły uderzać ją w twarz wraz z mroźnym wiatrem. Przyspieszyła nieco kroku, by już po chwili zatrzymać się przed smętnie wyglądającym wejściem do „Gospody pod Świńskim Łbem”. Szarpnęła za klamkę otwierając drzwi z rozmachem. Odór stęchlizny, alkoholu i potu uderzył ją w nozdrza, wywołując na twarzy grymas obrzydzenia. Rozejrzała się po obskurnym lokalu i skierowała się do stolika w rogu. Usiadła na drewnianej ławce i rozpięła kilka guzików płaszcza. Po chwili podszedł do niej mężczyzna średniego wzrostu uśmiechając się sztucznie, ukazując przy tym rząd złotych zębów.
- Coś podać panience?- zapytał zarzucając na ramie brudną szmatę i wyciągnął z kieszeni mały notes.
- Poproszę o herbatę, ale w czystej filiżance.- powiedziała cynicznie starając się nie patrzeć na barmana.
- Ależ oczywiście… Może z małym „wsadem”, tak na rozgrzanie?- zapytał uprzejmie nachylając się nieco nad dziewczyną.
- Chyba wystarczająco wyraźnie wypowiedziałam swoje zamówienie. Chcę herbatę! Nie potrafi pan wykonać tak prostego polecenia?- powiedziała z irytacją już nieco głośniej, odsuwając się w kierunku ściany, by nie czuć jego okropnego zapachu. Mężczyzna ukłonił się lekko i mrucząc coś pod nosem o bezczelności ruszył w stronę kontuaru.
Siedziała samotnie już kwadrans obracając w dłoniach kremową filiżankę z ciepłym napojem. Zbliżyła naczynie do ust i wypiła łyk, po chwili odstawiając je na czerwoną podstawkę w żółte kwiaty, która w żaden sposób nie mogła należeć do kompletu. Ze zniecierpliwieniem spojrzała na zegarek i wyjrzała przez wąskie okienko wychodzące na ulicę. Jedyne co tam dojrzała to masę białych płatków śniegu wciąż opadających na chodniki, pokrywając je grubą warstwą puchu. Nagle drzwi gospody ponownie się otwarły, wpuszczając do środka zimny podmuch powietrza. Na progu stała wysoka, zakapturzona postać, która już po chwili skierowała się w jej stronę. Nieznajomy usiadł naprzeciw niej, a materiał okrywający jego głowę osunął się na ramiona, ukazując bladą i zmęczoną twarz młodego mężczyzny. Jego zwykle błyszczące, niebieskie tęczówki skierowane były teraz na pokaleczoną dłoń, a wzrok wydał się dziwnie smutny.
- Witaj Evanie.- powiedziała cicho próbując odnaleźć jego spojrzenie. Milczał unikając jakiegokolwiek kontaktu z nią.
- Przepraszam…- odpowiedział dopiero po chwili i zacisnął rękę w pięść. Znów nastała niezręczna cisza, przerywana kłótnią dwóch wiedźm siedzących przy stoliku po drugiej stronie sali.
Dziewczyna zatopiła wzrok w bursztynowym płynie z filiżanki, przysuwając ją bliżej siebie.
- To wszystko co chciałeś mi powiedzieć?- zapytała, wpatrując się w niego natarczywie.
- Nie… Chcę żebyś zrozumiała.- teraz i on na nią spojrzał.- Nie mogłem ci odpisać, ani się z tobą skontaktować, bo… zrozum, Ministerstwo zaczyna węszyć. Miałem być na urlopie świątecznym.- dokończył nieco ciszej i rozejrzał się z niepokojem.
- Są przecież inne środki niż sowa, dobrze o tym wiesz. Po za tym, nie udawaj, że chciałeś wracać. Po twoim zniknięciu w Bułgarii skontaktowała się ze mną niejaka Julia…- zamilkła na chwilę, by zaobserwować jego reakcję.- Twoja matka jej powiedziała, że ja mogę mieć jakieś wieści, więc napisała do mnie. Martwiła się o ciebie…- prychnęła z pogardą, mrużąc oczy i odsunęła od siebie pustą już filiżankę. Mężczyzna spojrzał na nią nagle, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.
- To tylko moja znajoma, która nic nie znaczy. Naprawdę…- ujął jej dłoń ułożoną na blacie w swoją rękę. Przez chwilę zacisnęła swoje długie palce na jego śródręczu, ale już po kilku sekundach puściła je i wstała od stołu.
- Przecież nie musisz mi się tłumaczyć. Chyba lepiej będzie, jak już pójdę. Żegnaj.- powiedziała cicho i czym prędzej opuściła bar. Gdy wyszła z pomieszczenia, śnieżyca nadal szalała uniemożliwiając jakąkolwiek orientację. Jedynie co widziała to czubki swoich butów, które zanurzały się raz po raz w głębokim śniegu. Idąc w górę ulicy, starała się nie myśleć o tym co wydarzyło się przed chwilą. Jednak nie było jej to dane, bo za sobą usłyszała czyjeś szybkie kroki. Dobrze wiedziała, kto zrównał się z nią po chwili. Evan zacisnął dłoń na jej nadgarstku i zmusił do zatrzymania się. Dziewczyna przystanęła wśród wirujących dookoła małych lodowych płatków i spojrzała na niego ze złością.
- Czego jeszcze chcesz?- zapytała ostro. Brunet nie odpowiedział tylko zbliżył się do niej i pocałował delikatnie. Iteke poczuła jak ciepło rozchodzi się po jej wnętrzu, a dobrze znany zapach wody kolońskiej dociera nawet do najmniejszej cząstki ciała. Przywarła mocniej do mężczyzny i odwzajemniła pocałunek.
- Tęskniłem za tobą.- szepnął jej do ucha, wtulając twarz we włosy pachnące lawendą.
- Ja… ja też.- westchnęła próbując opanować łzy, niewiadomo czemu, cisnące się na powieki. Dopiero teraz dotarło do jej świadomości, że ten człowiek wywrócił jej świat do góry nogami.
Nastrój:
tagi:
Promienie wschodzącego słońca odbijały się od płatów śniegu zalegających na niegdyś zielonych błoniach Hogwartu. W starych murach budynku panował spokój, tylko gdzieniegdzie paliły się pochodnie, a mały skrzat przebiegł szybko przez korytarz. Jedynie co można było teraz tam usłyszeć to cichy szelest, niemal niezauważalnych, przygotowań do nowego dnia. Ten spokój miał jeszcze długo pozostać niezakłócony. W końcu był to pierwszy dzień przerwy świątecznej i żaden z mieszkańców nie miał ochoty wybudzać się z tego słodkiego letargu.
W Pokoju Wspólnym Slytherinu także panowała cisza, od czasu do czasu przerywana chrapnięciem dochodzącym z jednego fotela stojącego koło kominka. Spod ciężkiego woluminu obitego w skórę, wystawała para pulchnych nóżek i okrągła twarz pyzatego chłopca przypominająca pączka z nadzieniem. Chłopak zachrapał głośniej i poruszył się niespokojnie, a książka, spoczywająca do tej pory na jego brzuchu, zsunęła się na podłogę, otwierając się na zdjęciu przedstawiającym dwóch magów miotających w siebie zaklęciami.
Na schodach rozległy się czyjeś kroki, a chwilę później do pomieszczenia weszła zaspana dziewczyna w zielonym szlafroku. Jej brązowe, zwykle gładko zaczesane włosy były teraz w nieładzie, a bose stopy dotykały chłodnej posadzki. Rozejrzała się wokół, jakby czegoś szukając. Nagle jej oczy rozjaśniły się. Ruszyła w stronę jednego ze stolików, na którym leżała stara księga, jednak nie dotarła do zamierzonego celu, bo potknęła się o coś leżącego na przejściu. Nagle rozległo się głośne „A! Nie we mnie!”, a dziewczyna dopiero teraz dostrzegła przyczynę swojego upadku. Podniosła się i spojrzała na przerażonego chłopaka skulonego na fotelu. Kąciki jej ust zadrżał lekko.
- Co ty tu robisz o tej porze Nott? - syknęła mrużąc oczy niczym rozjuszona kotka.
- Ja… ja tylko… tylko spałem.- wyjąkał z przerażeniem i spłonął rumieńcem. Był tak zszokowany tym, że ta Iteke Blaise - siódmoklasistka – zwraca się bezpośrednio do niego, że zaatakował go chwilowy paraliż.
- Czemu tutaj? Zapomniałeś gdzie jest twoje dormitorium? - zapytała z ironią i sięgnęła po książkę leżącą u jej stóp.
- Nie zapomniałem… czwarte drzwi po lewej… - szepnął zachrypniętym głosem i zacisnął dłonie na oparciu fotela. Twarz dziewczyny nieco złagodniała i wyglądała jakby chciała parsknąć śmiechem, ale tylko przewróciła oczami z dezaprobatą i rzuciła chłopakowi jego własność.
- Żałosne… Jak każdy z waszej rodziny. - powiedziała cynicznie i wróciła do dormitorium zapominając o rzeczy, po którą przyszła. Chłopiec siedział jeszcze przez chwilę nieruchomo, po czym zabrał swoją własność i nieco chwiejnym krokiem ruszył do sypialni.
*
Podczas świątecznego obiadu z Wielkiej Sali dochodził wesoły gwar rozmów, a słodkie zapachy rozchodziły się po korytarzu drażniąc nozdrza każdego, kto tamtędy przechodził.
Brązowowłosa dziewczyna szybkim krokiem zmierzała w przeciwnym kierunku, niosąc w zaciśniętej dłoni kawałek pergaminu. Twarz miała pełną uporu, a w ciemnych oczach migotały niebezpieczne ogniki. Nagle zniknęła na schodach prowadzących na piętro.
Z impetem otworzyła drzwi sowiarni. Przywołała do siebie szarą sowę i ze zdenerwowaniem przywiązała do jej nóżki zmięty liścik. Gdy ptak wyleciał przez okno, przymknęła oczy i ze świstem wypuściła powietrze z płuc. Przyłożyła blade dłonie do skroni i zacisnęła mocniej powieki. Czuła jak jej krew szybko pulsuje w żyłach, a uczucie podniecenia i zdenerwowania powoli ustawało. Westchnęła głęboko i czując jak życiodajny tlen rozchodzi się po jej ciele otworzyła oczy. Rzuciła ostatnie spojrzenie na rozległe błonia pokryte śnieżnym puchem, nieco dłużej zatrzymując wzrok na Zakazanym Lesie falującym gdzieś aż po horyzont. Westchnęła i już spokojniej ruszyła do wyjścia.
Czuła jak emocje ją duszą uniemożliwiając racjonalne myślenie. Chciała choć na chwilę uwolnić się od przepełnionych świąteczną atmosferą murów. Zbiegała po dwa stopnie, pragnąć jak najszybciej dojść do frontowych drzwi, szerokiemu łukiem omijając Irytka grasującego po korytarzu na drugim piętrze.
Gdy otwarła stare wrota poczuła zimne, orzeźwiające powietrze, które uderzyło ją w twarz. Zeszła powoli po kamiennych schodach delektując się chwilą, przymykając zmęczone oczy.
- Nie za zimo na spacer, panno Blaise?- usłyszała za plecami czyjś głos. Odwróciła się automatycznie i spojrzała w niebieskie oczy przystojnego bruneta, który wpatrywał się w nią z zaciekawieniem.
- Czego chcesz Lestrange?- syknęła nie spuszczając z niego wzroku.
- Zaciekawiło mnie, dlaczego nie jesteś na obiedzie świątecznym. Czyżbyś nie miała apetytu?- zapytał z drwiną i uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie twoja sprawa co robię i kiedy. - warknęła i odwróciła się na pięcie. Ruszyła wąską dróżką, wydeptaną pomiędzy kolejnymi zaspami śnieżnymi, w kierunku zamarzniętej tafli jeziora. Czuła jak zimno przedziera się przez jej cienkie pończochy i sweter zarzucony na ramiona. Gdy stanęła nad brzegiem nieskazitelnej wody drżała już z zimna, a zaczerwienione policzki piekły niesamowicie. Potarła zdrętwiałe dłonie, w nadziei na odrobinę ciepła. Po chwili poczuła jak ktoś zakłada na jej barki płaszcz.
- Nie musisz mówić, że ci gorąco. Chyba twoja duma nie ucierpi jeśli weźmiesz go na chwilę.- szepnął jej do ucha ten sam głos. Iteke okryła się szczelniej i spojrzała ze złością na młodego mężczyznę.
- Po co to robisz? Tylko nie mów, że się o mnie troszczysz!
- Oj Ite…Odrobinę wiary w ludzi. Chciałem zamienić z tobą kilka zdań.- odpowiedział chowając dłonie do kieszeni wytartych spodni.
- Więc słucham- odparła już spokojniej, przyglądając mu się uważnie. Wyglądał na nieco przemęczonego, ale zadowolonego z siebie. Musiała przyznać, że miał coś w sobie. Nie był już tym chłopczykiem, którego spotykała na przyjęciach podczas wizyt u państwa Blacków. Teraz stał przed nią silny, wyskoki mężczyzna o nienagannych manierach i rysach twarzy coraz bardziej przypominających seniora rodu. Jednak w jego oczach nie było tej dumy, która cechowała większość arystokratów. Był, bądź co bądź honorowy, ale potrafił być też zwykłym chłopakiem, który robił psikusy nauczycielom. Wyglądał na niesamowicie upartego i zdeterminowanego dlatego spodziewała się, że jeśli z nim nie porozmawia, to ten nie da jej spokoju.
- Słyszałem od Bellatrix, że Evan wyjechał do Bułgarii… Masz z nim kontakt?- zapytał patrząc jej w oczy. Dziewczyna mimowolnie zacisnęła dłonie i zmarszczyła brwi.
- Tak, wyjechał… Jednak już od prawie miesiąca nie miałam od niego wieści. Miał wrócić, ale coś go zatrzymało. Później wszystkie sowy wracały bez odpowiedzi. - Te słowa wyrwały się z jej ust jak gdyby od dawna je w sobie dusiła. Spojrzała w szaro- niebieską toń jeziora.
- Ach- zamilknął na chwilę, wyraźnie się nad czym zastanawiając.- Czyli do ciebie też nie pisze.- rozejrzał się dokoła niespokojnie i ściszył głos.- Wiem, że Rookwood i kilku innych już go szukają…- szepnął niemal bezgłośnie. Iteke spojrzała na niego nieco nieobecnym wzrokiem.
- Ty… wiesz o wszystkim?- zapytała.
- Tak. O ile dobrze się orientuje, to większość ludzi z naszego środowiska jest w temacie. Takie czasy.- spoważniał, a jego twarz wydała się dziwnie dorosła.- Hm… Jeśli tylko będziesz miała od niego jakieś wieści, to daj mi znać.- popatrzył na bladą twarz dziewczyny. Jej czerwone usta drżały, a oczy pełne były niepokoju.
- Dobrze, oczywiście od razu ci powiem…- odpowiedziała i szczelniej otuliła się płaszczem. Północny wiatr rozwiał jej długie włosy, jednak nie przyniósł ukojenia myślom szarpiącym się w głowie. Nie mogła przypuszczać, że kiedyś będzie się tak przejmować losem Rosiera. Życie bywa przewrotne.
*
Ciche skrzypienie drewnianej podłogi, zdradzało czyjąś obecność w przestronnym salonie urządzonym w klasycznym stylu. Gruba warstwa kurzu zalegająca na starych deskach, tłumiła stukot obcasów kobiety, krążącej po pokoju. Po raz kolejny omiotła połami płaszcza zabrudzony parkiet, po czym usiadła w starym fotelu stojącym tuż przy kominku. Ze zdenerwowaniem założyła za ucho kosmyk ciemnych włosów opadający jej na czoło. Rozprostowała dłonie, do tej pory zaciśnięte w pięści, i spojrzała na swoje blade palce. Po chwili zamyślenia ponownie wstała i podeszła do barku zastawionego butelkami o różnej zawartości. Nalała sobie whisky i spojrzała w lustro, przyglądając się swojemu odbiciu. Długie, brązowe włosy związane były na karku w warkocz, a kilka pasemek opadało na niemalże białą, zmęczoną twarz. Mimo jej młodego wieku można było dostrzec na niej kilka zmarszczek. Kobieta parzyła w lustro z niedowierzaniem, mieszającym się z przerażeniem. Szczupłą dłonią dotknęła wystających kości policzkowych. Zamknęła oczy. Teraz na jej obliczu pojawił się błogi uśmiech, wyglądała jak gdyby przypomniało jej się coś miłego. Ten stan nie trwał długo, przerwał go stukot czyichś kroków w przedsionku.
Szatynka automatycznie sięgnęła po różdżkę. Po chwili drzwi salonu otwarły się, a stanął w nich olbrzymi mężczyzna, nieco przypominający wyglądem morsa. Na jego okrągłej twarzy pojawił się cień smutnego uśmiechu.
- Witaj Diano…- powiedział niemal szeptem wpatrując się w zmarnowaną twarz kobiety.
- Dobry wieczór Feliksie. Przestraszyłeś mnie… - odpowiedziała z wyrzutem chowając różdżkę do kieszeni.
- Wybacz, ale musiałem teleportować się wprost do domu, nie chciałem wzbudzać podejrzeń.- rozpiął guzik czarnej szaty, znajdujący się tuż pod szeroką szyją i nabrał powietrza ze świstem.
- Nic nie szkodzi. Rozgość się w mich skromnych progach. Może się czegoś napijesz? - zapytała, nieco uprzejmiej i przyłożyła do ust naczynie z brunatnym trunkiem.
- Nie wzgardzę szklaneczką whisky, miałem dość trudną podróż. Wiesz co ostatnio dzieje się w Ministerstwie… istny chaos. W dodatku tamci zaczynają go już szukać… - zawiesił głos, jak gdyby czekając na reakcje. Oczy kobiety zwęziły się nieznacznie, a jej twarz wykrzywił grymas.
- Ale nie znajdą. Zbyt wiele poświeciłam by odnaleźć mordercę mojej siostry. - warknęła i opróżniła kieliszek do końca. Nastała chwila ciszy. Mężczyzna podszedł do okna zasłoniętego kotarami i przez mała szparę spojrzał na ciemną ulicę. W tym czasie Diana nalała do dwóch szklanek trunku i podała mu jedną z nich.
- Mam nadzieję Feliksie, że się nie rozmyśliłeś… - powiedziała spokojnie, ale w jej głosie można było usłyszeć cień groźby.
- Nie! Anna była dla mnie zbyt ważna. Chcę pomścić jej śmierć. - wypowiedział te słowa z goryczą i uporem odważnie patrząc w jej zielone oczy.
- Tak więc… – wzniosła kieliszek w geście toastu - wypijmy za naszą zemstę!
Nastrój:
tagi:
Ostatnie słoneczne dni tego lata zdawały się z niesamowitą siłą przyciągać uczniów do siebie by korzystali z ciepła promieni. Było już popołudniu, a klepsydra na biurku profesora Binsa zdawała się zatrzymywać w sobie magiczny pył odmierzający godziny. Znużeni uczniowie próbowali skupić się na słowach ducha korpulentnego mężczyzny szybującego za katedrą, jednak jego głos brzmiał tak monotonnie i usypiająco, jak bzyczenie muchy latającej po klasie. Iteke oparła głowę na dłoni i skrobiąc coś po pergaminie pawim piórem pogrążyła się w marzeniach. Jedyne czego teraz pragnęła to położyć się w swoim łóżku i zasnąć błogim snem. Wczoraj znów siedziała do drugiej w nocy przeglądając kolejne księgi i stare wycinki z Proroka Codziennego. Teraz poczuła się tak zmęczona i senna. Jej powieki powoli opadały, a obraz rozgrzanych słońcem błoni widocznych przez okno zamieniał się w kolorową krainę pełną dziwnych kształtów. Nagle poczuła dźgnięcie w lewy bok.
- Blasie obudź się! Tu masz list.- usłyszała tuż przy uchu, a na blacie jej stolika wylądował skrzętnie zwinięty rulonik podpisany zielonym atramentem. Masując sobie obolałe miejsce między żebrami spojrzała z wyrzutem na blondwłosego chłopaka siedzącego za nią. Jim Nott puścił jej tylko oczko. Dziewczyna rozwinęła pergamin z zniesmaczoną miną i przeczytała szybko krótką wiadomość. Jej brwi uniosły się do góry w wyrazie zdziwienia. Jeszcze raz przeczytała kilka zdań zapisanych pochyłym pismem.
Blaise chcę z tobą porozmawiać na temat sprawy, która cię ostatnio interesuje. Spotkajmy się w Pokoju Wspólnym o pierwszej dzisiaj w nocy. Bądź sama.
Bellatrix Black
Iteke spojrzała w stronę czarnowłosej dziewczyny siedzącej kilka miejsc za nią. Twarz Belli była nieodgadniona, a oczy z uwagą wpatrywały się w jakiś punkt za oknem. Nagle dźwięk dzwonu ogłosił tak upragniony koniec lekcji, a wszyscy uczniowie ruszyli ku wyjściu by uwolnić się od dusznego i ciężkiego powietrza zalegającego w sali. Nim dziewczyna zdążyła jakkolwiek zareagować dostrzegła tylko ciemne, długie włosy falujące za panną Black, gdy ta wychodziła z klasy.
^^^
Gwar rozmów już ucichł, a w jednym z kątów Pokoju Wspólnego Slitherinu zagnieździła się cisza, by odbyć nocna konwersację ze snem. Jedynie kilka świec rzucało na wnętrze wątłe światło rozrywające nieprzenikniony mrok. Za dnia pokój był jasny, mimo tego, że znajdował się w lochach. Kolory zieleni i srebra spowodowały, że ślizgoni uczynili go tradycyjnym miejscem do wypoczynku i błogiego lenistwa. Nawet prace domowe odrabiano zazwyczaj w bibliotece.
Wśród setek wspomnień o dawnych lokatorach, zużytych pergaminów porozrzucanych po podłodze, na jednym z wyświechtanych, obitych zielonym materiałem foteli siedziała brązowowłosa dziewczyna. Wpatrując się w zdobienia na ścianach czekała na swoja rozmówczynię Nagle rozległ się stukot czyichś kroków odbijających się echem po kamiennych ścianach lochu. Po chwili w Pokoju Wspólnym pojawił się ciemnowłosa dziewczyna. Wodząc wzrokiem wśród mroku dostrzegła na jednym z foteli skuloną postać.
- Jednak jesteś Blaise... Obawiałam się, że twoja duma nie pozwoli ci się ze mną spotkać.- uśmiechnęła się cynicznie i usiadła w fotelu naprzeciw Iteke.
- Jak widzisz jestem... Cóż za istotne informację chcesz m przekazać?- zapytała prostując się dumnie.- Jeszcze jedno... Jaki masz w tym cel?
- Oj... Nie wierzysz w moje dobre chęci Ite? Patrzę na to jak błądzisz po omacku przez ostatnie trzy tygodnie, a ja znam odpowiedź na każde twe pytanie. Dlaczego miałabym ci ich nie udzielić?- odpowiedziała z udawana uprzejmością uśmiechając się lekko.
- Ty i bezinteresowność? Nie rozśmieszaj mnie Bellatrix...- syknęła zjadliwie Iteke mrużąc oczy.
- Może ludzie zmieniają się z czasem. Jednak nie spotkałam się z tobą by rozprawiać na temat moich motywów. Chciałaś chyba wiedzieć kim jest niejaki Tom Riddle...- ściszyła lekko głos by dodać dramaturgii całej sytuacji. Iteke milczała wpatrując się uważnie w bladą twarz Belli.- Lord Voldemort- tak go teraz nazywają. Potężny czarodziej...- mówiła dalej, a jej oczy błyszczały dziwnym blaskiem.
^^^
Dni stawały się coraz chłodniejsze, a szczególnie na południu Bułgarii. Deszcz zacinał w szyby nieustannie tworząc niezliczona kałuże . Ciemnowłosy mężczyzna stał w oknie jednego z domów położonych na wzgórzu małego miasteczka otoczonego wysokimi pasmami górskimi podziwiając pokryte śniegiem stoki. Westchnął cicho, a jego ciepły oddech pozostawił na szybie mglisty ślad. Kolejne zdanie zostało wykonane, informacje zdobyte, Czarny Pan zadowolony... Przymknął powieki zaciskając dłonie na kubku z ciepła herbatą, wracając myślami do domu i chwil spędzonych z najbliższymi. Głośny gong zegara stojącego w kącie wyrwał go z zamyślania brutalnie przywołując do rzeczywistości. Zerknął ostatni raz za okno zarzucając na ramiona ciemny, wyjściowy płaszcz. Wiatr mocniej uderzył w okno salonu, lecz jego już nie było.
^^^
Ostry zapach tytoniu, whisky i potu wdzierał się do nozdrzy, gdy tylko weszło się do tego małego pubu w centrum miasteczka. Drewniane drzwi zamknęły się z trzaśnięciem za wysoką, zakapturzoną postacią, która właśnie pojawiła się w barze. Przybysz strzepnął z ramion kilka kropel wody i ruszył w stronę stolika znajdującego się po przeciwnej stronie pomieszczenia. Nikt nie zwracał na niego uwagi, tylko kilka starych wiedźm zachichotało cicho odprowadzając go wzrokiem. Nieznajomy usiadł przy drewnianym stoliku i trwał tak przez chwilę jakby na coś oczekując. Drzwi baru otworzyły się ponownie i teraz do środka weszła kolejna postać, ale już po chwili ściągnęła kaptur ukazując ładna twarz kobiety. Rude włosy wysypały się spod mokrego materiału falując się lekko pod wpływem wilgoci, a z jej ust nie schodził figlarny uśmiech. Rozejrzała się po wnętrzu szukając wzrokiem jakiejś znajomej twarzy. Nagle jej oczy rozjaśniły się i ruszyła w stronę kąta, gdzie siedział niedawno przybyły mężczyzna.
- Evan?- zapytała kładąc na jego ramieniu drobną dłoń. Nieznajomy odwrócił się, a kaptur opadł mu na ramiona.
- Witaj Julio... Jak dawno cię nie widziałem. Mieszkasz tu w Bułgarii... - wstał ściskając jej dłoń.
- To naprawdę piękny kraj... Chociaż nie tak piękny jak Anglia. - przez jej twarz przebiegł cień smutku.
- Może usiądziesz i napijesz się czegoś?- zaproponował wskazując krzesło.
- Och... Może kieliszeczek burbona na rozgrzanie poproszę.- uśmiechnęła się siadając.
Mężczyzna ruszył w stronę baru przy którym siedziało kilku tamtejszych czarodziei rozmawiając o czymś z przejęciem po bułgarsku. Kobieta rozejrzała się po wnętrzu małego pubu bębniąc palcami w stół. Po chwili mężczyzna pojawił się z powrotem niosąc dwa kieliszki i usiadł naprzeciwko niej.
- Po co chciałeś się ze mną spotkać? Bo chyba nie to by powspominać dawne lata...- zapytała patrząc na niego uważnie. Zacisnął usta i spojrzał na swój kieliszek.
- Chciałbym zaproponować ci pewien układ... Wiem, że wyszłaś za mąż i masz rodzinę.- odpowiedział po chwili zastanowienia patrząc jej w oczy.
- Tak. Mój mąż pracuje w bułgarskim Ministerstwie, ma ostatnio dużo pracy...- zaczęła zakładając kosmyk włosów za ucho.
- Słyszałaś co dzieje się ostatnio w Anglii?- zapytał przerywając jej.
- Chodzi ci o tą sprawę, z którą nie może sobie poradzić nawet Ministerstwo? Ludzie znikają bez śladu, tracą zmysły, giną w niewyjaśnionych okolicznościach...
- Za tym wszystkim stoi pewien człowiek, nazywają go teraz Lordem Voldemortem... Wielki czarnoksiężnik... Za niedługo cały świat będzie znał jego imię, które stanie się postrachem. Nikt już nie powstrzyma tej machiny...- mówił niemal szeptem pochylając się nisko nad stołem. Jego niebieskie oczy pełne były podziwu, a jednocześnie strachu. Z ust kobiety spełzł uśmiech, a teraz na jej twarzy było widoczne skupienie. Chłonęła każde jego słowo z uwagą.
- Myślisz, że nam też coś grozi?- zapytała marszcząc brwi.
- W związku z tym mam dla ciebie pewna propozycję... – odpowiedział widząc, że kobieta jest na tyle przerażona by zgodzić się na każdy układ.
Nastrój:
tagi:
Dziesięć
niedziela, 8.listopada.2009, 22:28
Jedynym odgłosem rozchodzącym się po długich korytarzach Hogwartu był szmer deszczu zacinającego w strzeliste okna. W całym zamku panował już spokój, a mrok wypełzł z kryjówki niczym łowczy by dopaść zwierzynę nocy. Minęła północ, ale w jednym z dormitoriów dziewcząt z siódmego roku nadal paliło się nikłe światło. Brązowowłosa ślizgonka leżała w swoim łóżku powoli przerzucając pożółkłe stronnice starego woluminu. Jej ciemne oczy wodziły uważnie po zdaniach zapisanych fioletowym atramentem. Raz po raz zakładała za ucho opadające na policzek kosmyki włosów mrucząc coś pod nosem. Nagle przygryzła dolną wargę, a oczy zwęziły się. Po chwili skupienia jej twarz przybrała wyraz zawodu. Iteke z rezygnacją położyła księgę na szafce nocnej i ze świstem wypuściła powietrze z płuc.
- Jak zwykle nic... – szepnęła do siebie przecierając zmęczone oczy. Od kilku dni starała się znaleźć jak najwięcej informacji na temat tego Toma Riddle’a, ale ani w „Największych czarodziejach tego stulecia”, ani w „Najszlachetniejszych rodach czarodziejskich” nie znalazła nawet małej wzmianki o tym człowieku. Chociaż mogłaby przysiąc, że skądś zna to nazwisko. Utkwiła wzrok w zielonym baldachimie wsłuchując się w łzawą pieśń nieba, która zdawała się rozbrzmiewać na błoniach.
- Zgaś to światło Blaise!- szepnęła nieprzytomnie jasnowłosa dziewczyna leżąca na sąsiednim łóżku. Jej blond włosy były teraz w nieładzie, a na twarzy pojawił się grymas.
- Zgaszę kiedy będę chciała...- odpowiedziała opryskliwie Iteke. Tamta spojrzała na nią ze złością i odwróciła się w stronę ściany. Brązowowłosa uśmiechnęła się triumfalnie, ale po chwili zdmuchnęła wątły płomień świecy i zasłoniła kotary nad łóżkiem. Obiecując sobie, że od jutra znów zacznie poszukiwania odpłynęła z objęcia Morfeusza.
^^^
Setki mil od tego miejsca, w starym domu na wzgórzu panował nieprzenikniony mrok i cisza. Jedynym źródłem światła były strawione już przez ogień szczapy drewna, które zamieniły się w żarzący pył. Młody mężczyzna stojący przy oknie z utęsknieniem patrzył na ciemny ogród w którym gdzieś w oddali rysował się niewyraźny kształt huśtawki. Przymknął oczy i myślami wrócił do wspomnień z dzieciństwa, kiedy wszystko było takie łatwe. Mimo wielu zakazów i nakazów jakie nakładało na niego bycie młodym arystokratom nie wyobrażał sobie innego życia. Dobrze pamiętał jak biegał wśród róż matki, a ta z dobrotliwym uśmiechem krzyczała za nim by omijał te wysokie, czerwone. Uśmiechnął się do siebie i zanurzył usta w kieliszku z bursztynowym trunkiem. Skrzywił się nieznacznie czując tak dobrze znane pieczenie w gardle. Nigdy nie lubił whisky, ale to też należało do zwyczajów w świecie wysokich rodów. Nagle pod przymrużonymi powiekami pojawiła się postać młodej kobiety. Ta dziewczyna już od dawna zaprzątała jego myśli, a nasiliło się to po ostatnim pocałunku na ślubie. Dobrze pamiętał smak jej ust, cierpki niczym sok porzeczek. Zawsze cenił w niej dumę i upór, ale teraz doszło do tego coś jeszcze. Dokładnie pamiętał każdy cal jej ciała, gest, słowo...
- Evan? Ty jeszcze nie śpisz?- usłyszał głos dochodzący z przeciwnej strony pokoju, automatycznie sięgnął do kieszeni szaty i odwrócił się. W drzwiach stała pulchna, starsza kobieta w białym szlafroku.
- Ach... To ty mamo, przestraszyłaś mnie. Coś się stało?- zapytał podchodząc bliżej do matki.
- Ostatnio jesteś strasznie nerwowy synku.... Nie, chciałam tylko zobaczyć czy skrzaty nie zapomniały dogasić ognia.- odpowiedziała gładząc mężczyznę po szorstkim policzku.
- Nie martw się o kominek, gdy pójdę spać to zajmę się tym...- uśmiechnął się.
- Nie o kominek się martwię, a o ciebie...- spojrzała na syna z troską.
- Niepotrzebnie, wszystko ze mną w porządku...- pochylił się i pocałował matkę w czoło.
- Dobrze, ale idź już spać... Jutro musisz przecież iść do Ministerstwa.
- Wiem, mamo. Położę się za chwilę...- odpowiedział odstawiając pusty kieliszek na stół.
- To miłych snów...- powiedziała wychodząc i spojrzała na syna z niepokojem.
- Dobranoc...- szepnął i ponownie nalał sobie whisky. Oparł się o blat biurka i utkwił wzrok w ostatnich, dogasających już ognikach.
^^^
W okrągłym gabinecie dyrektora Hogwartu siedzieli dwaj mężczyźni. W milczeniu wsłuchiwali się w muzykę dobiegającą ze starego gramofonu stojącego na szafce nieopodal biurka. Jeden z nich był w podeszłym wieku, a jego siwe włosy błyszczały w promieniach porannego słońca wpadającego do wnętrza pomieszczenia. Drugi natomiast, rosły brunet, zmęczonymi oczami wpatrywał się we wskazówki zegara, które zdawały się zwalniać z każdą minutą. W pewnej chwili do środka wszedł uśmiechnięty staruszek zakręcając sobie wokół palca koniuszek srebrnej brody sięgającej mu pasa. W jego niebieskich oczach lśniły wesołe ogniki. Obaj mężczyźni jak na komendę podnieśli się.
- Witaj Amycusie!- rozbrzmiał wesoły głos dyrektora.
- Ty Albusie jak zwykle w świetnej formie...- odpowiedział starszy mężczyzna podając dłoń gospodarzowi i uśmiechając się do niego.
- Mam się z czego cieszyć... Evan... Jesteś już dorosłym mężczyzną, a ja cię nadal pamiętam jako małego szkraba, który stał w moim gabinecie z przestraszoną miną...- teraz zwrócił się do młodszego mężczyzny stojącego obok, a jego zmęczone życiem oblicze rozjaśniło się.
- Dzień dobry panie profesorze... – brunet odwzajemnił uśmiech z wymuszoną uprzejmością. Po chwili cała trójka usiadła.
- Co was do nas sprowadza? Bo chyba nie tylko odwiedzenie starych kątów.- zapytał wesoło Dumbledore patrząc uważnie na przybyszów.
- Ach Albusie... Nie wiem jak ty to robisz, że potrafisz przekonać nawet zagorzałych arystokratów do swoich racji. Zapewne się domyślasz, że jesteśmy tu z polecenia pani Minister.- zaczął siwy mężczyzna nazwany Amycusem.
- Nie będę udawał, że nie wiem o co chodzi... Zapewne to coś związanego z petycja, którą złożyłem kilka dni temu w Ministerstwie.- twarz dyrektora spoważniała, a on zastygł w zamyśleniu stykając ze sobą palce dłoni.
- Tak... Została odrzucona... Zabrakło ci dwóch głosów.- odpowiedział cicho staruszek.
- No cóż... Nie zawsze wszystko w życiu wychodzi. Może następnym razem się uda.- Dumbledore uśmiechnął się promiennie. Mężczyźni popatrzyli na niego z nieukrywanym zdziwieniem.- Jeśli już załatwiliśmy sprawy formalne, to może napiliśmy się po szklaneczce koniaku?- kontynuował nie zwracając uwagi na ich zaskoczenie.
- Ja dziękuję panie profesorze, mam jeszcze kilka spraw do załatwienia i muszę już iść.- odpowiedział prawie natychmiast Evan.
- Och... Szkoda, ale zapewne są to sprawy związane z panną Blaise, dlatego nie będę cię zatrzymywał. Jednak mam nadzieje, że ty Amycusie zostaniesz i powspominasz ze mną dawne czasy. – dyrektor puścił oczko do młodszego mężczyzny i obdarzył go promiennym uśmiechem. Brunet wstał i wyszedł mrucząc pod nosem ciche „Do widzenia”.
- Dobrze Albusie, skuszę się na jedną szklaneczkę, ale później uciekam.- odpowiedział staruszek machając ręką nad głową tak jakby próbował odgonić niewidzialną muchę.
- Ach ta młodość... Czyli po jednym?- zapytał Dumbledore wstając zza biurka.
^^^
Iteke szła właśnie na śniadanie do Wielkiej Sali próbując wypatrzyć w tłumie uczniów Nadye, ciemnowłosą ślizgonkę z którą zwykle się trzymała. Gdy już dostrzegła między głowami uczniów burzę ciemnych loków poczuła na swoim ramieniu czyją rękę. Odwróciła się automatycznie sięgając do kieszeni szaty szkolnej. Jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy stanął przed nią rosły brunet.
- Evan? Co ty tu robisz?- zapytała przełamując oszołomienie.
- Byłem u Dumbledore’a w sprawach służbowych, ale nie rozmawiajmy tutaj.- chwycił dziewczynę za rękę i pociągnął w kierunku którejś z klas. Po chwili drzwi nieużywanej pracowni zamknęły się za nimi, a oboje spojrzeli na siebie ze strachem.
- Więc po co przyszedłeś?- zapytała odsuwając się jak najdalej od mężczyzny.
- Mówiłem ci już, byłem u Dumbledore’a w sprawach służbowych... Idąc do wyjścia zobaczyłem jak zmierzasz do Wielkiej Sali więc postanowiłem z tobą chwilę porozmawiać.- odpowiedział opierając się o blat jednej z ławek starając się nie patrzeć w oczy dziewczyny.
- O czym?- usiadła naprzeciwko przyglądając się z zaciekawieniem sowie siedzącej na jednaj z gałęzi rozłożystego dębu rosnącego za oknem.
- Muszę znów wyjechać... Tym razem do Bułgarii i wrócę za około miesiąc. Później chciałbym się z tobą spotkać, może w Hogsmeade... – zaproponował wstając.
- Dobrze... Napiszę ci kiedy będzie pierwsze wyjście.- odpowiedziała nie odrywając wzroku od szyby.
- Będziemy w kontakcie...- usłyszała jego głos tuz obok swojego ucha, a na szyi poczuła ciepły oddech. Jej nozdrza wypełniły się znajomym zapachem, co spowodowało szybsze bicie serca. Odwróciła twarz i spojrzała w niebieskie oczy mężczyzny. Ich usta zetknęły się przez chwilę, jakby każde z nich bało się bliskości. Szybkie, krótkie muśnięcia po chwili przerodziły się w namiętny pocałunek. Nagle dziewczyna odsunęła się od Evana.
- Muszę iść na lekcję...- rzuciła i wyszła szybkim krokiem z sali zostawiając mężczyznę samego
Nastrój:
tagi:
Dziewięć
niedziela, 8.listopada.2009, 22:27
Młoda dziewczyna zastukała trzykrotnie kołatką w drzwi starego dworku znajdującego na obrzeżach niewielkiego miasteczka na północ od Londynu. Duże krople deszczu niesionego z wiatrem wdzierały się za kołnierz jej płaszcza spływając stróżkami po plecach, co powodowało, że ciałem dziewczyny raz po raz wstrząsały dreszcze. Silny podmuch zerwał z jej głowy kaptur ukazując zaczerwienione policzki i fale jasnobrązowych włosów spiętych na karku w kucyk. Po chwili wrota otwarły się przed nią, a na progu stanęła smukła, wysoka blondynka o jasnoniebieskich oczach. Uśmiechnęła się pobłażliwie na widok Iteke, która starała się by jej twarz przybrała spokojny wyraz.
- Witaj Narcyzo. Przybyłam do twojego ojca.- zaczęła wchodząc i zdjęła z ramion przemoczony płaszcz.
- Tak, wiem... Schodziłam właśnie na obiad, na który jeśli jestem dobrze poinformowana ty jesteś zaproszona. Dlatego przejdźmy do jadalni.- machnęła teatralnie ręką w kierunku obszernego holu. Iteke obdarzyła ją wymuszonym uśmiechem i ruszyła przed siebie. Po chwili weszły do bogato zdobionej jadalni. Deszcz bębnił w duże okna wychodzące na ogród pełen różnobarwnych kwiatów. Przy okrągłym stole na środku pokoju siedziały już dwie dziewczyny i kobieta w średnim wieku. Bellatrix popatrzyła na gościa z wyniosłością, a siedząca tuż obok niej średnia z sióstr obdarzyła ją promiennym uśmiechem.
- Iteke... Witaj moja droga.- pani Black wstała od stołu, a jej długie blond włosy zdawały się lśnić nawet w cieniu. Twarz choć naznaczona piętnem czasu nadal pozostawała zachwycająco piękna, a jasnoniebieskie oczy były takie same jak te najmłodszej z córek. Gdy uścisnęła dłoń dziewczyny do środka wszedł siwy mężczyzna. Zmęczona twarz Alabastora Blacka rozpromieniła się, ale jego oczy nadal pozostały smutne.
- Jak miło cię widzieć... Cieszę się, że przyjęłaś moje zaproszenie.- podszedł do dziewczyny i pochylając się pocałował jej dłoń.- A teraz pozwól, że zaproponuje ci byś usiadła. Moja żona zaplanowała na dzisiejszą ucztę coś specjalnego... – uśmiechnął się tajemniczo i pomógł jej usiąść. Po chwili podano do jadalni wbiegło kilka skrzatów domowych niosąc nad głowami duże tace pełne najróżniejszych potraw.
- Życzę panience smacznego!- zapiszczał jeden z nich tuż obok łokcia dziewczyny i zniknął z cichym pyknięciem. Uczta rozpoczęła się w milczeniu. Pan Black nieobecnie wpatrywał się w jeden punkt, a reszta rodziny nie miała odwagi nic powiedzieć.
- Ojcze... Czy to prawda, że Gampowie poparli Dumbledore’a w planie uniezależnienia szkoły?- zapytała nagle Bellatrix patrząc uważnie na twarz rodziciela. Mężczyzna przeniósł wzrok na córkę.
- Tak. Nie spodziewałam się tego po starym Grumble’u. Swoją drogą odkąd ten starzec objął stanowisko dyrektora, ta szkoła staje się coraz gorsza. Za czasów Dippeta nie było do pomyślenia żeby wszystko odbywało się bez wiedzy Ministerstwa. – zastanowił się chwile nad swoimi słowami.
- Masz całkowitą rację, ale wydaje mi się, że zakazanie nauczania Czarnej Magii było...
- Bella! Proszę cię, nie przy obiedzie. Poza tym mamy gościa.- skarciła ją pani Black. Ciemnowłosa dziewczyna spojrzała na matkę w wyrzutem i już otwierała usta by coś powiedzieć, gdy pan Black przerwał jej unosząc dłoń
- Matka ma racje. Myślę, że powinniśmy to przedyskutować innym razem. Teraz chciałbym zjeść w spokoju.- oświadczył i wrócił do rozmyślań.
- A jak czuje się twoja matka Iteke?- zapytała kobieta uśmiechając się przepraszająco.
- Lepiej, choć osobiście uważam, że powinna czasami wyjść z domu. Przecież ma tyle przyjaciół...- kiedy powiedziała te słowa twarz pani Black rozjaśniła się.
- Masz rację! Więc przekaz jej, żeby wpadła do mnie na herbatkę.- klasnęła w dłonie.- Zobaczysz, od razu lepiej się poczuje.
Gdy uczta się skończyła rodzina Blacków usiadła przed kominkiem w salonie. Wzrok dziewczyny siedzącej na jednym z foteli padł na dwie z panien. Narcyza i Andromeda rozmawiały wesoło na temat szkoły i nadchodzącego roku szkolnego. Kosmyki brązowych włosów opadały na zarumienioną twarz średniej z sióstr, gdy ta żywo gestykulowała. Tylko Bellatrix usiadła z boku i beznamiętnie przyglądała się kroplą spływającym powoli po szybie. Iteke też spojrzała w tamtą stronę. Przez kłębiaste chmury nieśmiało przedzierały się promienie słońca igrając wesoło w kropelkach deszczu osiadłych na trawie ogrodu. Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie widząc ten malowniczy krajobraz. Do salonu wszedł pan Black trzymając w dłoni zakurzoną butelkę z pożółkłą etykietą.
- Mmm... Merlot rocznik pięćdziesiąty drugi. Jedno z najlepszych francuskich win...- mruknął z satysfakcją.- Skusisz się Ite?- zapytał z młodzieńczym uśmiechem na twarzy.
- Ależ oczywiście...- odparła odrywając wzrok od okna.
- Może przejdźmy do mojego gabinetu. Chciałbym z tobą zamienić kilka słów.- dodał mężczyzna nalewając trunku do kieliszków. Dziewczyna kiwnęła tylko głową. Pan Black poprowadził ją już dobrze znanym korytarzem w głąb domu. Po chwili dotarli przed masywne drzwi wykonane z jasnego drewna, które niemal natychmiast otwarły się przed właścicielem gabinetu. Wnętrze pokoju zdobiły liczne obrazy zawieszone na cynamonowych ścianach. Pod oknem stało duże biurko, na którego blacie piętrzyły się teczki z dokumentami. Iteke usiadła na krześle obitym czerwonym materiałem, a jej wzrok padł na zdjęcie trzech dziewczynek biegających po ogrodzie. Rozpoznała w nich młodsze panny Black. Uśmiechnęła się, gdy najmłodsza z nich przepadła przez dziecięcą miotłę i wpadła do błota, a dwie pozostałe zaniosły się śmiechem.
Siwy mężczyzna dostrzegł wyraz jej twarzy i również się uśmiechnął.
- Tak... Kiedyś były takie małe, a teraz każda z nich chce już decydować o sobie.- powiedział przyglądając się zdjęciu.
- Każdy człowiek kiedyś staje się dorosłym...- odparła mrużąc oczy. Tak dobrze pamiętała ile razy przysięgała sobie, że w końcu uniezależni się od ojca.
- Ale nie zaprosiłem cię tutaj by rozmawiać na temat moich córek... Chciałem zapytać cię czy... Twój ojciec wspominał ci może kiedyś o jego dawnym przyjacielu Tomie Riddle’u ?- zapytał pocierając dłonie o siebie, a jego oczy błądziły gdzieś nad jej plecami. Dziewczyna spojrzała na niego uważnie, a kąciki jej ust lekko drżały.
- O tym mordercy?- zapytała ostro mrużąc oczy.
- Widzę, że wiesz o wszystkim...- potarł wierzchem dłoni zmęczone oczy.- Tak... To potężny, ale i okrutny człowiek, szaleniec...- zawiesił głos i spojrzał na nią.
- Po co pan mi to wszystko mówi?- warknęła.
- Po to byś zrozumiała... Twój ojciec nie chciała go poprzeć i miał szczęście, że umarł zanim Czarny Pan zdążył się zemścić. Chcę cię ostrzec. Musisz na siebie uważać...- powiedział z troską.
- Obiecałam ojcu, ale nie jestem głupia...- odparła i wstała.- Przepraszam, ale muszę już wracać do domu. Matka i siostra na mnie czekają.
- Wiem Iteke, wiem.... Dlatego ufam, że sobie poradzisz. – uśmiechnął się dobrodusznie i również podniósł się z krzesła.
^^^
- Nie chcę jechać...
Śpiew ptaków przerywany był co chwilę przez ciche łkanie. Iteke gładziła delikatnie ciemne, proste włosy siostry leżącej na jej kolanach , które opadały na zaczerwienioną twarz. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno patrząc na zadarty nosek i ładne rysy swojej małej siostrzyczki.
- Elisa... Ja też nie chce zostawiać mamy i ciebie, ale musimy....- szepnęła pocieszająco odgarniając kilka kosmyków z policzka nastolatki. Mała łza upadła na trawę lśniąc w promieniach zachodzącego słońca.
- Ty przynajmniej możesz być tu... A ja? Daleko...- powiedziała z wyrzutem w głosie wyskubując kępkę trawy.
- Pamiętasz jak wymykałyśmy się wieczorem patrzeć na gwiazdy?- zapytała cicho Iteke. Elisander uniosła głowę i spojrzała uważnie na twarz starszej siostry.- Siadałyśmy na mokrej trawie, a ty zawsze pytałaś czy kiedyś będziesz mogła polecieć tam na miotle, którą kupił ci tatuś.- dziewczyna na to wspomnienia zaniosła się śmiechem.
- Pamiętam... Mama zawsze krzyczała, że będziemy chore....- jej twarz rozjaśnił uśmiech.
- Tak... Pamiętasz jak kiedyś zapytałaś mnie czy ktoś tam jest?- zapytała ponownie mrużąc tajemniczo oczy.
- Powiedziałaś wtedy, że możemy tam się znaleźć kiedy tylko chcemy... bo zawsze będziemy tam razem, gdy patrzymy w gwiazdy.
- Właśnie... Zawsze będziemy będę tam ja i tata, kiedy tylko spojrzysz w gwiazdy.- ściszyła głos i spojrzała w stronę horyzontu za którym znikały właśnie ostatnie chwile dnia.
^^^
Deszczowa pogoda przywitała uczniów Hogwartu zmierzających pierwszego września na peron 9 i ¾. Tłum wrzeszczących dzieciaków, bandy chichoczących dziewczyn i snujący się pośród nich uczniowie starszych klas zalegały na stacji King’s Cross. Młoda dziewczyna przedzierała się między ludźmi próbując przyzwyczaić się do tego harmidru. Kilkakrotnie ktoś nadepnął jej na stopę, szturchnął, potrącił. To miejsce zdecydowanie różniło się od tego, które opuściła zaledwie kilka minut temu. Ciche zakątki starego domostwa zamieniły się tak nagle w hałaśliwy peron. Z trudem dotarła do jednego z wagonów i wciągnęła swój bagaż po schodkach prowadzących do wnętrza pociągu. Odgarniając z czoła kosmyki brązowych włosów weszła do jednego z przedziałów. Na fotelu pod oknem siedziała drobna brunetka o dużych, zielonych oczach. Na jej kolanach spał tłusty, czarny kocur mrucząc głośno. Właścicielka zwierzęcia nieobecnym wzrokiem patrzyła na zaparowaną szybę przedziału.
- Mogę?- zapytała od niechcenia Blaise. Dziewczyna spojrzała na nią nieprzytomnie, ale już po chwili się uśmiechnęła.
- Ach... To ty Iteke. Oczywiście, siadaj...- wskazała na siedzenie naprzeciwko zakładając za ucho kilka kosmyków włosów.- Jak minęły ci wakacje?
- Były dość... Obfite w wydarzenia.- odpowiedziała bez uśmiechu i popatrzyła na zamazaną twarz, która właśnie przemknęła za oknem. Pochyliła się by zobaczyć dokładniej, ale pociąg ruszył i pożegnały ją tylko dwie sylwetki oddalające się z każdą sekundą.
Nastrój:
tagi:
Osiem
niedziela, 8.listopada.2009, 22:26
Światło sączące się przez olbrzymie witraże przybierało różnorakie barwy padając na biały materiał sukni ślubnej. Kilka ciemnych kosmyków wymykało się spod welonu i opadało na szczupłe ramiona kobiety stojącej przed ołtarzem. Jedną z jej dłoni trzymał młody, blondwłosy mężczyzna. Oboje patrzyli na siebie z uwielbieniem, miłością i oddaniem. Darowali sobie serca. Nie liczyło się nic prócz tej drugiej osoby. Mimo tego, że kaplica wypełniona była ludźmi byli sami patrząc w ukochane oczy.
Gdzieś z tyłu stała młoda dziewczyna patrząca z zazdrością na tych dwoje. Miała na sobie długą, ciemnoniebieską suknię, a jedna z jej dłoni spoczywała wytwornie na przedramieniu mężczyzny stojącego obok. Jasnobrązowe włosy spływały kaskadami po plecach, przywodząc na myśl złote nici babiego lata. Tylko ciemne oczy pełne były smutku i żalu. Oderwała na chwilę wzrok od pary młodej i spojrzała w sklepienie katedry, które ozdobione było pięknymi freskami. Cała świątynia w swej majestatyczności odpowiednia była do tak uroczystego ślubu potomków wielkich arystokratów.
I tym razem, tak jak przed kilkoma tygodniami na pogrzebie pana Blaise, pojawili się najbardziej szanowani ludzie czarodziejskiego świata. Tyle, że teraz atmosfera była całkiem inna niż ta z lipca. Wydawało by się, że już nikt nie pamięta tamtych smutnych wydarzeń. Tylko na twarzy tej młodej dziewczyny pojawił się grymas bólu gdy wspomnienia powróciły.
Starając się nie myśleć o tym spojrzała na ludzi stojących w pobliżu. Wśród nich dostrzegła długie, czarne włosy i dumnie wyprostowane plecy dobrze znanej osoby. Bellatrix Black była jedną z jej rówieśniczek, znały się jeszcze z dzieciństwa, kiedy to ich rodzice spotykali się na popołudniowej herbacie. Zawsze wyniosła, duma i złośliwa stała się z czasem jedną z najbardziej szanowanych osób w szkole. Tak wielu młodych arystokratów próbowało osiągnąć ideał jakiego symbolem stała się Bellatrix.
Dziewczyna jakby poczuła na sobie czyjś wzrok i odwróciła głowę w kierunku Iteke. Ich spojrzenia spotkały się przez chwilę, a ciemnowłosa uśmiechnęła się ironicznie. Panna Blaise popatrzyła na nią z dumą i przeniosła wzrok na ołtarz. Uroczystość dobiegała końca.
Po kilku minutach wszyscy zaproszeni goście wyszli na zewnątrz katedry, gdzie zakurzona, mugolska dzielnica przywitała ich ciężkim, skwarnym powietrzem. Tętent kopyt nadjeżdżających bryczek zagłuszył chichoty kilku przechodzących obok dziewcząt, które spoglądały na uczestników uroczystości z rozbawieniem i zdziwieniem.
Iteke wsiadła do powozu i odetchnęła z ulgą. Po chwili tuż obok niej usiadł Evan, a na jego czole lśniło kilka kropelek potu.
- Mugole...
^^^
Ciepły, letni wiatr muskał twarz dziewczyny stojącej na tarasie. Noc była niezwykle ciepła, a zapach wilgotnej trawy i kwitnących za dnia kwiatów uderzał w nozdrza powodując, że świat zawirował jej przed oczami, a może przyczynom była nadmierna ilość wina wypita tego wieczoru. Spojrzała na usłane gwiazdami niebo i westchnęła głęboko wypatrując tej najmocniej świecącej. Nagle na szyi poczuła czyjś ciepły oddech, a zapach ogrodu splótł się z wonią whisky.
- Ite...- ochrypły szept dotarł do jej ucha. Dziewczyna przybliżyła do ust kieliszek wypełniony brunatnym płynem i zanurzył w nim wargi. Ostry smak wina rozchodził się powoli po jej ciele. Przymknęła powieki i pozwoliła by czyjeś cieple ręce oplotły ją w talii.
-Piękna noc...- uśmiechnęła się do siebie. Krew krążyła w jej żyłach coraz szybciej powodując, że na policzkach pojawiły się rumieńce. Delikatnie muśnięcie warg na szyli przyprawiło o jeszcze mocniejsze bicie serca. Gdzieś w środku rodziło się uczucie buntu, ale szybko zostało stłumione przypływem adrenaliny. Dziewczyna odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z przystojnym brunetem. Evan patrzył na nią z zachłannością. Zbliżył się, a zapach wody kolońskiej jeszcze mocniej uderzył ją w nozdrza.
- Jesteś taka piękna...- szepnął odgarniając kosmyk włosów z jej twarzy. Dziewczyna przywarła do niego całym ciałem, a ich usta splotły się w namiętnym pocałunku. Delikatnie, a zarazem pożądliwie pieścił jej wargi. Zanurzył dłoń w jej miękkich włosach jednocześnie przyciągając ją mocniej do siebie. Brzęk tłuczonego szkła rozniósł się po ogrodzie gdy kieliszek wypadł z ręki Iteke. Czerwony płyn rozlał się u ich stóp niczym kałuża krwi. Dziewczyna obiema rękami objęła szyję mężczyzny.
- Przepraszam, że przeszkadzam...- rozległ się czyjś napełniony ironią głos. Odsunęli się od siebie tak szybko, jak para młodzianów przyłapana na gorącym uczynku. Na tarasie stała ciemnowłosa dziewczyna, a jej oczy błyszczały przebiegle. Czarna suknia balowa podkreślała figurę i kontrastowała z niemal alabastrowa skórą. Uśmiechała się cynicznie.
- Czego chcesz Bellatrix?- zapytała ostro Iteke oddychając szybko chłodnym powietrzem.
- Chciałam zamienić kilka słów z Evanem, ale widzę, że jesteście zajęci... W takim razie może...- wyciągnęła rękę w kierunku drzwi prowadzących do wnętrza domu.
- Nie... Nie przeszkadzajcie sobie mną.- rzuciła ze złością panna Blaise i weszła do środka.
- Co ty wyrabiasz Bella?- zapytał poirytowany mężczyzna opierając się o balustradę.
- Ja? Miałam cię zapytać o to samo... Przecież miałeś ją przeciągnąć na nasza stronę, a nie uwieść... – syknęła z niesmakiem.
- Nie wtrącaj się... To moje zadanie i sam dobrze wiem jak mam je wykonać.- wyprostował się i odwrócił od niej wzrok.
- A może... Tobie na niej zależy...- popatrzyła na niego przenikliwie, a jej twarz przybrała wyraz rozbawienia. Mężczyzna zacisnął nerwowo dłonie i spojrzał na dziewczynę.
- Wyśmienity żart Bellatrix... Zawiodę cię. Robię to tylko i wyłącznie dla osiągnięcia swoich celów. Nie będę ukrywał, że obchodzi mnie spadek panny Blaise.- ściszył głos do szeptu nachylając się nad młodą kobietą. Po ogrodzie rozniósł się dźwięczy, dziewczęcy śmiech.
- Nieźle to wykombinowałeś... No, no, no... Chyba pozostaje mi życzyć powodzenia.- zadrwiła i odeszła w kierunku drzwi prowadzących do ciepłego wnętrza domu. Evan nabrał powietrza ze świstem i uśmiechnął się krzywo. Zaklął cicho pod nosem i również wszedł do środka.
^^^
Barwne języki ognia przeplatały się między sobą niczym dusze pragnące wzlecieć ku niebu. Gustownie urządzony salon skapany był w półmroku, a jedynym światłem był migoczący blask pochodzący z kominka. Na sofie przed paleniskiem siedziała młoda dziewczyna wpatrzona w taniec iskier i płomieni. W zaciśniętej dłoni trzymała skrawek pergaminu. Po chwili wstała i zaczęła krążyć po pokoju. Odgłos jej kroków mieszał się z trzaskiem drewna trawionego przez ogień. Kolejne minuty mijały nieubłaganie, a szmer czyjejś rozmowy dobiegającej z korytarza rozpraszał myśli. Przygryzła dolną wargę i zatrzymała się raptownie.
- Kredku!- krzyknęła w stronę drzwi prowadzących do holu. Po chwili do salonu wszedł mały skrzat domowy.
- Słucham panienko...- zaskrzeczał, a jego mętne oczy rozszerzyły się ze strachu, gdy spojrzał na zdenerwowaną twarz dziewczyny.
- Przynieś mi czysty pergamin i pióro!- rozkazała. Stworzenie wybiegło w pośpiechu z pokoju i wróciło po chwili niosąc polecone rzeczy. Iteke usiadła przy stoliku i naskrobała kilka zdań.
- Teraz wyślij ten list do pana Blacka.- poleciła wręczając rulonik skrzatowi. Kredek zniknął za drewnianymi drzwiami, a dziewczyna opadła na sofę zastanawiając się nadal nad tym czy dobrze robi wyrażając zgodę na to spotkanie.
Nastrój:
tagi:
Siedem
niedziela, 8.listopada.2009, 22:25
Smużki porannego słońca prześlizgiwały się przez duże okiennice starego domu igrając wesoło we włosach dziewczyny śpiącej na łóżku. Zielona, satynowa pościel oplatała jej ciało, a jedna dłoń zwisała ku ziemi. Nagle poruszyła się niespokojnie. Przez półrozwarte powieki, między barierą snu, a rzeczywistości starała się rozpoznać miejsce w którym się znajduje. Obraz powoli wyostrzał się, a dziwne rozmazane kształty zmieniały się w przedmioty. Dziewczyna usiadła na łóżku i już całkiem przytomnie rozejrzała się dookoła. Dopiero po chwili przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru. Te wspomnienia zdawały się zabierać jej całą energię. Opadła z powrotem na łóżko zaciskając mocno powieki, jakby chciała obronić się przed nagłym przypływem uczuć. Z trudem podniosła się ponownie cała siłą woli pokonując słabość. Zarzuciła szlafrok na ramiona i wyszła z pokoju. Komnata w której spała znajdowała się na piętrze ogromnego domu państwa Rosier. Przemierzała korytarz nie bardzo wiedząc gdzie się udać.
- Panienko! Panienko...- usłyszała gdzieś za sobą piskliwy głosik. Odwróciła się i ujrzała małego skrzata domowego biegnącego w jej kierunku. Długie uczy powiewały za właścicielem, a duże wyłupiaste oczy prawie wychodziły z orbit. Zatrzymał się zasapany tuż przed jej nogami. Ze strachem złapał się za uszy i trzymał je kurczowo.
- O co chodzi?- zapytała oschle dziewczyna.
- Groszek tylko... Groszek miał panienki pilnować... To znaczy... Pan mu kazał zająć się panienką gdy panienka się już obudzi...- zaczął się jąkać coraz mocniej szarpiąc uszy.
- W takim razie chyba powinieneś wykonywać swoje obowiązki.- warknęła i ruszyła dalej korytarzem.
- Groszek sprowadzi panienkę do jadalni, zaraz zostanie podane śniadanie.- zaskrzeczał skrzat i pognał za nią. Po chwili drzwi obszernego pokoju otwarły się. Na środku stał duży, podłużny stół, a na ścianach wisiały oprawiane w złocone ramy obrazy wystrój utrzymany był w odcieniach brązu i złota. Przy zastawionym różnymi potrawami stole siedziała pulchna kobieta. Spojrzała na dziewczynę z troską. Oczy miała takie same jak syn, niebieskie i tajemnicze.
- Dzień dobry pani Rosier. Przepraszam za takie wtargnięcie w takcie śniadania, ale szukam Evana...- próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej z tego tylko krzywy grymas.
- Nic nie szkodzi moje dziecko. Evan musiał wcześnie rano wyjść do Ministerstwa, ale kazał mi się tobą odpowiednio zająć. Zjedz ze mną śniadanie.- wstała zza stołu i podeszła do dziewczyny. Poruszała się z gracja i wytwornością. Mimo nienagannych manier pozostawała jednak dobrotliwa i wesoła. Jej jasne włosy lśniły w promieniach porannego słońca. Iteke pozwoliła kobiecie zająć się sobą. Opadła ciężko na krzesło i przymknęła powieki. Gdy pomyślała o jedzeniu poczuła jak w jej gardle tworzy się kula, która uniemożliwia oddychanie. Cała siła woli stłumiła w sobie uczucie żalu i obrzydzenia. Przecież nie mogła być słaba, nie teraz, nie w domu Evana...
^^^
Ciemnogranatowe chmury zawisły nad Londynem. Silny wiatr uderzał z całą siłą w twarz dziewczyny stojącej pośród wielu nagrobków na miejskim cmentarzu. Ciężkie krople deszczu spływały po jej twarzy przywołując na myśl łzy. .Jednak ona nie płakała. Nie umiała już płakać. Patrzyła tylko pusto na biały marmur na którym wygrawerowany był napis „ Grobowiec rodziny Blaise”. Oddychała ciężko i szybko. Mimo tego, że czuła tuż obok siebie drżące ciało matki, a w ręce ściskała dłoń młodszej siostry odnosiła wrażenie, że jest sama. Może to pustka w jej sercu, a może upór z jakim nie dopuszczała do siebie uczucia tęsknoty.
Wielu czarodziei przyszło pożegnać Arona Blaise, nawet sama minister magii złożyła rodzinie kondolencję. Teraz wszyscy stali w strugach deszczu opłakując martwe ciało, a może jakże żywe wspomnienia mężczyzny, który jeszcze kilka dni wcześniej stał pośród nich. Pod czarnymi parasolami i eleganckimi szatami kryły się sztuczne łzy, obojętne spojrzenia i ironiczne uśmiechy. Każdy z nich był tu z obowiązku, przecież tak wypadało. Nagły grzmot zagłuszył łkania i żałosną pieśń wiatru hulającego pośród drzew. Ceremonia zakończyła się, a zmarznięci ludzie rozchodzili się uciekając przed zimnymi kroplami deszczu, które bez pozwolenia wdzierały się brutalnie za ich kołnierze.
Teraz przed grobowcem stała tylko brązowowłosa dziewczyna wpatrzona w datę śmierci ojca. 29 lipca 1970 r., tak zwykły dzień stał się tragedią jaka rozgrywała się nadal w jej sercu. Nagle na ramieniu poczuła czyjąś dłoń.
- Chodźmy...- usłyszała cichy głos tuż obok ucha. Odwróciła się i spojrzała w pełne współczucia oczy Evana. Narodziło się w niej nowe uczucie. Tak dobrze jej znane, lecz zapomniane. Bunt. Nie potrzebowała litości, ani współczucia. Minęła mężczyznę bez słowa i odeszła zmagając się w kolejnymi podmuchami wiatru.
^^^
- Ite... Wejdź do środka.- usłyszała za plecami męski głos. Odwróciła głowę. Na schodach altanki stał pan Black. Na siwych włosach lśniły kropelki wody, a schludny garnitur był mokry. Uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Nie mam ochoty siedzieć wśród nich... Wole tutaj... Sama...- odpowiedział cicho spojrzała ponownie na szaro-granatowe niebo.
- Wiem, że przeżywasz teraz trudny okres. Rozumiem twoje rozgoryczenie, ale musisz się w końcu z tym pogodzić.- usiadł obok niej i ojcowskim ruchem odgarnął kosmyk włosów z jej czoła.
- Ja już się pogodziłam... Tylko nie mam ochoty patrzeć na ten sztuczny żal i łzy tych wszystkich ludzi. Chciałam po prostu chwilę pobyć sama.- uśmiechnęła się blado i spojrzała w brązowe oczy pana Blacka. Patrzył na nią uważnie, jakby chciał odgadnąć jej myśli.
- Jesteś silna, niesamowicie silna... I tak podobna do twojego ojca.- stwierdził po chwili i wstał.- Ale chodźmy już do środka, bo twoja matka będzie się martwić.
- Chyba ma pan rację.- również wstała i oboje udali się w kierunku domu.
^^^
- Musisz ją przekonać... Wiesz, że od tego zależy jej życie.- syknął siwy mężczyzna do młodego bruneta stojącego naprzeciwko. Ten zaczął krążyć niespokojnie po przestronnym gabinecie, w którym się znajdowali.
- Ale panie Black... Ona się nigdy nie zgodzi. Mówiłem panu jak zareagowała na ostatnią moja propozycję.- szepnął przystając na chwilę. Wypił łyk bursztynowego trunku, który znajdował się w jego kieliszku i przygryzł dolną wargę.
- Wiesz, że jemu nie wolno się sprzeciwiać...
- Wiem, wiem! Doskonale o tym wiem... Tylko ta jej duma... Przeklęta arystokracja! To trzeba zrobić z głową...- powiedział cicho mrużąc lekko oczy. Zastanowił się chwilę.- Ona musi sama się do niego przyłączyć, inaczej nic nie wskóramy...
- Wymyśl coś, albo zostaniesz wdowcem zanim się ożenisz.- szepnął ostrzegająco i wyszedł z pomieszczenia. Młody mężczyzna podszedł do okna i spojrzał na skąpany w mroku ogród. Przybliżył kieliszek do ust i skrzywił się nieznacznie. Bezradność i upór mieszały się w nim.
- Przeklęte życie... Na Merlina, jak ja mam ją przekonać?- szepnął sam do siebie i wpatrzył się w krople spływające po szybie, niczym samotne łzy.
Nastrój:
tagi:
Sześć
niedziela, 8.listopada.2009, 22:24
Kilka kropli upadło na podłogę. Nierównomierny oddech od czasu do czasu przerywany był cichym łkaniem niosącym się po pustym pokoju. Kolejna łza spłynęła po bladym policzku. Kosmyk brązowych, rozczochranych włosów opadał niesfornie na suche, drżące wargi. Ciemne oczy pełne były smutku, bólu, żalu...
Iteke poczuła jak zalewa ją kolejna fala rezygnacji. Dłonie samoistnie zacisnęły się w pięści, powodując, że paznokcie prawie raniły skórę. Nie czuła bólu fizycznego, myślami daleko była od pokoju w którym teraz się znajdowała. Nie umiała powstrzymać kolejnych łez wymykających się jej z pod powiek. Była zmęczona... Chciała po prostu zasnąć, przestać myśleć...
Przypomniała sobie scenę z przed kilku godzin gdy weszła do domu obładowana zakupami.
Pchnęła ciężkie drzwi salonu, który otwarły się ze skrzypnięciem. Zmęczenie upałem i całodziennymi zakupami spowodowało, że teraz jak nigdy pragnęła znaleźć się w osłoniętym grubymi, starymi murami domu i wypić szklankę lemoniady przygotowanej przez skrzaty. Jednak nie dane było jej odpocząć.
W salonie, przy kominku dostrzegła kobiecą postać, w której z trudem rozpoznała swoja matkę. Jej ciało drżało lekko, a szczupłe dłonie błądziły po zabytkowej zastawie, którą przekazywano od wieków z pokolenia na pokolenie. Włosy zazwyczaj upięte w ciasny kok rozsypały się wokół zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy. Czerwone, zapuchnięte oczy były nieobecne i czaił się w nich cień obłędu.
- Mamo...- szepnęła i podeszła do matki. Kobieta w średnim wieku spojrzała pusto na córkę.
- Ojciec... On... Nie żyje...- powiedziała jakby nadal nie mogąc w to uwierzyć.
Nagłe pukanie do drzwi wyrwało ją z rozmyślań. Spojrzała nieprzytomnie na drzwi, nie miała siły odpowiedzieć. Przeniosła z powrotem wzrok na niebo za oknem, jednak natarczywe pukanie nie ustało.
- Proszę...- wychrypiała. Przymknęła zmęczone płaczem oczy i wciągnęła powietrze ze świstem. Po chwili poczuła, że ktoś dotyka jej policzka. Ciepła dłoń odgarnęła kosmyki z jej twarzy.
- Tak mi przykro Ite...- niski, męski głos rozbrzmiał w jej uszach. Załkała cicho. Po chwili poczuła łagodny zapach perfum i silne ramiona obejmujące ją.
- Evan... On nie żyje...- szepnęła nie mogąc powstrzymać nagłej potrzeby wyżalenia się komuś. Kilka kolejnych kropel pozostawiło mokre ślady na czarnej szacie mężczyzny. On uniósł twarz dziewczyny, a jego miękkie usta delikatnie musnęły jej wargi. Iteke nie sprzeciwiała się, teraz tak bardzo potrzebowała czyjejś bliskości. Oddała pocałunek. Nigdy w życiu nie zaznała jeszcze tyle namiętności, jak przez tą krótką chwilę zapomnienia.
- Zabierz mnie stąd... Błagam...- szepnęła odrywając się od jego ust. Mężczyzna zdjął płaszcz i narzucił go na jej ramiona. Po chwili oboje stali już w bogato zdobionym salonie posiadłości znajdującej setki mil od domu Iteke. Dziewczyna usiadła na kanapie przed kominkiem i spojrzała na języki ognia trawiące kolejne belki drewna. Płomienie odbijały się w jej oczach rozświetlając małe źrenice. Blada twarz przypominała trupa, a dłonie zaciskały się w pięści na padołku.
- Może napijesz się czegoś?- zapytał łagodnie mężczyzna siadając obok niej.
- Whisky...- odpowiedziała podchodząc do okna. Evan stanął obok obszernego barku i nalał bursztynowego płynu do jednego z kieliszków, po czym podał go Iteke.
- Musze wysłać sowę do twojej matki. Będzie się martwić... Zaraz wrócę.- szepnął stając tuż za nią, tak że znów poczuła zapach jego wody kolońskiej. Dziewczyna skinęła tylko. Mężczyzna wyszedł z pomieszczenia.
Gdy wrócił po kilkunastu minutach zastał Iteke śpiącą na kanapie. Okrył ją szczelnie wyczarowanym kocem i usiadł w fotelu naprzeciw niej obserwując jak blask ognia igra malowniczo w jej włosach.
^^^
Wysoko nad horyzontem błyskawice rozdzierały londyńskie niebo nieuchronnie zwiastując burzę. Grzmoty przeplatały się z silnym wiatrem uderzając w okiennice jednego z domostw na przedmieściach. W gabinecie paliło się nikłe światło, rzucane przez kilka świec. Cienie padały na bladą twarz kobiety w średnim wieku siedzącej za biurkiem. Dłoń trzymała zaciśniętą na księdze oprawionej w skórzaną oprawę, złoty wygrawerowany napis głosił „Saga Szlachetnego Rodu Blaise”. Srebrzyste, migoczące kropelki upadały jedna po drugiej ma padołek. Stary zegar na ścianie wybił drugą w nocy, a dźwięk gongu wypłoszył z kąta ciszę. Niebieskie oczy wpatrywały się nieruchomo w gasnącą świecę.
Kolejny grzmot uderzył z całą swą siłą w okno, a w pokoju rozległo się ciche pukanie. Stukot dochodził zza drzwi. Po chwili mimo braku zaproszenia uchyliły się lekko.
- Greto... Mogę wejść?- kobieta podniosła wzrok i spojrzała na twarz mężczyzny stojącego w progu. Siwy, postawny mężczyzna patrzył na nią z litością. Kobieta skinęła tylko głową.
- Chciałem... Przykro mi z powodu Arona...- szepnął siadając naprzeciw niej. Przez chwilę słychać było tylko ciche tykanie zegara i szum wiatru.
- To był atak serca... Nie mogliśmy mu pomóc...- powiedziała cicho zaciskając mocniej dłonie.
- Wiem... Ta informacja pojawiła się już w Proroku Wieczornym... A ty jak się czujesz?- zapytał z troską.
- A jak mogę się uczuć Alabastorze? W głowie mam mentlik, nie wiem co robić...- załkała bezgłośnie.
- Gdybym mógł ci w czymś pomóc... - nachylił się nad blatem biurka i ścisnął jej niemalże białą dłoń.
- Nie mam na nic siły... Nie umiem poradzić sobie nawet z wydawaniem poleceń skrzatom... A co dopiero sprawy związane z pogrzebem...
- Nie martw się, zajmę się tym. Mogę też uporządkować sprawy formalne. Jeśli oczywiście się zgodzisz.- zaproponował.
- Dziękuje... Oddaje to pod twoją opiekę, bo wiem, że zawsze byliście przyjaciółmi.- odpowiedziała patrząc na pana Blacka z wdzięcznością.
- Tak... Możesz być spokojna... Chyba już czas najwyższy abyś ty też się już położyła. – wstał z fotela.
- Racja... Wezmę jakieś pigułki i postaram się odpocząć. – westchnęła krótko.- Musze być silna... Mam jeszcze córki.
- Elisander i Iteke potrzebują cię teraz jak nigdy wcześniej. W takim razie dobranoc Greto. Śpij dobrze. – ucałował jej dłoń i teleportował się.
Po chwili pan Black zmaterializował się w małym dworku gdzieś na północy Anglii. Nalał sobie whisky i usiadł w wygodnym fotelu przed kominkiem. Jego myśli krążyły wokół ostatniej rozmowy z Czarnym Panem.
- Trzeba do nas było przystąpić ty głupcze...- szepnął i zanurzył usta w bursztynowym płynie. Wpatrzył się w ogień buzujący w kominku i zmrużył oczy. Nadal nie mógł uwierzyć, że jego stary przyjaciel nie żyje z powodu dumy. Wątpił w drastyczne metody jakie stosował Lord Voldemort, ale nie sprzeciwiał się. Po prostu bał się Riddle’a. Już wtedy czuł, że jego pana będzie się bała większość czarodziejskiego świata.
Nastrój:
tagi:
Pięć
niedziela, 8.listopada.2009, 22:23
Ostatnie promienie zachodzącego słońca muskały włosy Iteke, która siedziała na parapecie okna pogrążona w myślach. W jej głowie kumulowało się coraz to więcej problemów i lęków.
Rozmowa z ojcem, spotkanie z Evanem...
Nie mogła odgonić od siebie wspomnienia tego wieczoru, kiedy to przed domem państwa Blaise zatrzymał się powóz zaprzężony w dwa czarne konie.
Oczami wyobraźni znów powróciła do momentu, gdy do salonu oświetlonego tylko blaskiem kilku świec wszedł pośpiesznie młody mężczyzna.
- Przepraszam za najście...ale przychodzę w pilnych sprawach.- wyjaśnił szybko.
- Coś się stało?- zapytała zaskoczona dziewczyna przed chwilą pochylona jeszcze nad księgą w skórzanej oprawie.
- Tak... Możemy porozmawiać w cztery oczy? – rzucił wymowne spojrzenie w stronę ciemnowłosej nastolatki siedzącej w jednym ze skórzanych foteli przed kominkiem. Elisander przyglądał się z zaciekawieniem całej sytuacji.
- Elisa wyjdź...- poprosiła łagodnie Iteke. Młodsza z sióstr z niechęcią opuściła salon.
- Dobrze...- szepnął brunet ściągając z ramion przemoczony płaszcz.
- Co sprowadza cię tutaj o tej porze?- zapytała patrząc na nieodgadnioną twarz mężczyzny. Jedyną oznaką zdenerwowania były jego drżące palce. Milczał przez chwilę.
- Mówiłam ci już, że przyjaciel z lat szkolnych mojego ojca poprosił mnie o współpracę. Czar... Tom Riddle, zaproponował ją także twojemu ojcu... - wydusił z siebie z trudem.
- Wiem...
- Dobrze, dobrze... Nie chciałem mieszać cię w te sprawy, ale... Jestem zmuszony prosić cię o to byś spróbowała przekonać go do tego...- dokończył nieco ciszej. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Unikał jej wzroku, nie chciał spojrzeć teraz w te oczy pełne niedowierzania.
- Prosisz mnie o to bym przekonała mojego ojca do stania się mordercą?- wyszeptała. Podniósł na nią wzrok. Jego oczy błyszczały niezdrowo i pełne były ukrytego bólu, co sprawiło, że jeszcze bardziej nie mogła uwierzyć w to co usłyszała.- Ty też zabijasz?
Evan poruszył się niespokojnie i zaczął krążyć po pokoju nerwowo. Na jego czole pojawiły się kropelki potu.
- To twój wybór, ale ja nigdy nie będę tego popierać...- rzuciła mu ostre spojrzenie. W jej oczach widać było rosnącą złość. – Jestem już zmęczona. Wybacz, ale pójdę się położyć. Żegnaj.
Po tych słowach opuściła salon z wysoko uniesioną głowa jakby całą swoja postawą chciała okazać dumę i wyższość.
Nie wiedziała co teraz stanie się z ich stosunkami, czym grozi decyzja ojca, czy dobrze postępuje...
Wpatrując się w zalany już mrokiem ogród starała się podjąć właściwą decyzję. Oparła głowę o chłodną okiennice i westchnęła ciężko.
- Tylko , która jest właściwa?
^^^
W jednym najposępniejszych domostw w obrzeżach małego miasteczka paliło się nikłe światło. Dom niegdyś należący do zamożnej, szanowanej rodziny stał się teraz ruderą do ,której bali podchodzić się zwykli ludzie. W okolicy mówiono, że straszy tam duch byłego właściciela, który popełnił samobójstwo po niewyjaśnionej śmierci jego jedynej córki. Trzask ognia w kominku był jedynym dźwiękiem rozchodzącym się po mrocznych, długich korytarzach prowadzących do nikąd.
W przestronnym, ponurym salonie, przed staroświeckim paleniskiem siedziała dojrzała kobieta. Jasne włosy spięte były w ciasny kok, a brązowe oczy błądziły po wnętrzu pokoju. Zdawała się na kogoś czekać. Nagle na korytarzu rozległ się stukot czyichś kroków. Drzwi otwarły się ze skrzypnięciem.
- Witaj Alicjo...-zimny głos rozdarł ciszę.
- Tom...- kobieta podniosła się i spojrzała w ciemnobrązowe oczy mężczyzny stojącego w drzwiach. Gdyby nie te oczy nie poznałaby go. Niegdyś przystojna twarz mężczyzny stała się teraz blada i jakby woskowa. Głębokie zmarszczki i sińce pod oczami sprawiały, że wyglądał na wiele starszego i zmęczonego.
- Tak, to ja... Choć wolałbym gdybyś nazywała mnie Czarnym Panem.- syknął podchodząc bliżej kominka. Słabe światło padło na jego niemalże kamienną twarz. Zapadnięte policzki, wyraziste kości, dzikość w oczach gdy wymawiał te słowa sprawiła, że kobieta odsunęła się o krok.
- Chciałeś się ze mną spotkać...- zaczęła niepewnie.
- Słyszałem, że już jutro wracasz do Bułgarii. Dlatego musimy porozmawiać... Chyba nie będziemy tak stać...
- Ach tak... Usiądź proszę... Wybacz, że nie zaproponuję ci nic do picia, ale w tym domu nie było nikogo od śmierci mojego przeklętego wuja...- skrzywiła się nieznacznie wskazując mu fotel naprzeciwko niskiego stolika.
- Wybacz, że nie przejdę od razu do sedna sprawy. Chciałem się z tobą spotkać z powodu naszej rozmowy, jeszcze przed twoim ostatnim wyjazdem... Wspominałaś mi wtedy o tym czym zajmował się twój wuj....- ściszył głos i przerwał na chwilę.- Horkuksy... był ich zaklinaczem. Chciałbym dowiedzieć się na ich temat jak najwięcej.- przejechał bladym palcem po wąskich ustach. Kobieta poruszyła się niespokojnie w fotelu. Przez ułamek sekundy wydawało się jej, że dostrzegła w jego oczach dziwny błysk.
- Po co ci to? To bardzo zaawansowana i niebezpieczna magia...- zapytała ze zdenerwowaniem. Jej dłonie leżące na padołku zacisnęły się w pięści.
- Alicjo... Dla mnie nie ma czegoś takiego jak granice... już dawno je przekroczyłem. Pogłębiam swoją wiedzę we wszystkich dziedzinach czarów... Jeszcze nikt nie zaszedł tak daleko jak ja...- mówił z pasją widoczną w każdym geście. Pieszczotliwość z jaką wypowiadał te słowa nasuwała na myśl szaleńca. Kobieta podniosła się z fotela i podeszła do okna.
- Dobrze... Jeśli ma ci to pomóc, możesz korzystać z tajnej biblioteki wuja. Znajduje się w piwnicach. Jednak teraz chciałabym wrócić już do mojego domu...- odpowiedziała zaciskając nerwowo dłonie.
- Dziękuję ci serdecznie Alicjo i pozdrów Borysa...- szepnął mężczyzna z zadowoleniem. Wstał i podszedł bliżej kobiety. Delikatny zapach perfum dotarł do jej nozdrzy. Na policzku poczuła jego ciepły oddech. – To do zobaczenia.- ostatnie słowa utonęły w szumie wiatru, który uderzał w stare okiennice salonu. Mężczyzny już nie było.
^^^
Niesamowity skwar towarzyszył sierpniowemu popołudniu. Brukowana ulica pełna była zabieganych czarodziei. Kilka starszych pań stojących przed apteką rozprawiało głośno na temat niebotycznych cen smoczej krwi, a grupy ludzi przeciskały się przez zatoczoną uliczkę gnając do wytyczonych wcześniej celów.
Brązowowłosa dziewczyna szła spokojnie rozglądając się po tłumie, próbując dostrzec młodszą siostrę. Co chwilę ktoś trącił ją łokciem, szturchnął czy nadepnął na stopę. Była zmęczona panującym tu zaduchem i gwarem. Nigdy nie lubiła wycieczek na Pokątną. Dużo bardziej wolała domowe zacisze, gdzie nie musiała ciągle ocierać się o nieznajomych, bezimiennych ludzi.
- Cholera! Gdzie oni wszyscy są?- szepnęła do siebie na co starsza pani przechodząca akurat obok popatrzyła na nią zgorszonym wzrokiem. Obejrzała się za siebie, gdy nagle poczuła jak ktoś uderza w nią z impetem. Wszystkie zakupy rozsypały się na chodniku, a dziewczyna wylądowała na ziemi.
- Przepraszam najmocniej...- usłyszała męski głos gdzieś nad sobą, a po chwili zobaczyła czyjąś głowę i wyciągniętą rękę.- Nie zauważyłem pani...
Iteke podniosła się sama ignorując pomoc. Przed nią stał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna uśmiechając się szelmowsko.
- Nic nie szkodzi. Przepraszam, śpieszę się.- rzuciła i zaczęła zbierać zakupy.
- Narobiłem bałaganu, pomogę...- schylił się i podniósł zwój pergaminu leżący na bruku.
- Nie potrzebuję pana pomocy. Żegnam.- zabrała swoją własność z jego ręki i ruszyła dalej. Była wściekła, ostatnio z niczym sobie nie radziła, nic jej nie wychodziło. Zatrzymała się nagle i usiadła na jedynej wolnej ławce tuż obok ulicy. Przymknęła zmęczone i piekące oczy.
- Gdzie jesteś Danielu? Potrzebuje cię!- szepnęła cicho.
- Witaj Iteke...- otwarła oczy. Na ławeczce tuż obok niej siedział młody mężczyzna patrząc na nią uważnie.
- Evan?
Nastrój:
tagi:
Cztery
niedziela, 8.listopada.2009, 17:42
Ciężkie krople deszczu sypały się z nieba niczym odłamki tłuczonego szkła wplątując się w ciemne włosy dziewczyny biegnącej brukowana uliczką. Wodospad łez nieba niesionych z wiatrem uderzał w jej twarz prawie raniąc przy tym delikatną skórę policzków. Kropelki potu na jej czole mieszały się z deszczowa wodą. Pędziła ile sił w nogach oglądając się co chwilę ze strachem za siebie. Czuła, że jej koniec zbliża się nieuchronnie...
Twarz miała zaciętą, nawet przez chwilę nie zwątpiła, nie chciała się poddać...
Mimo szumu wiatru w uszach usłyszała słowa wypowiadane gdzieś z oddali.
- Crucio!
Jej ciało upadło na zimny bruk. Agonia, strach, ból... Każda nowa myśl przychodziła z paraliżującym bólem. Pragnęła żeby to się skończyło... Nagle wszystko ustało.
- Przystąp do nas, nie bądź głupia Anno...- stanowczy głos mężczyzny prawie zagłuszał łoskot porywistego wiatru. Mimo mroku panującego w tym z zakątków uliczki dziewczyna widziała twarz oprawcy. W oczach tak dobrze znanego jej mężczyzny dostrzegała teraz desperację. Zmęczona twarz zdawała się błagać o zgodę.
- Nie mogę Evanie... Nie zostawię Feliksa... Nie zmusi mnie do tego ani ojciec, ani ty.- szepnęła unosząc głowę.
- Sama wybrałaś...- uniósł różdżkę.
- Avada kedavra!- błysnęło zielone światło, a twarz mężczyzny zastygła w niemym wyrazie bólu.- Żegnaj Anno...
Po chwili rozległ się trzask i było słychać już tylko przeraźliwy ryk wiatru, który zdawał się śpiewać żałosną pieśń.
Kilka przecznic dalej na poddaszu białego domu na uboczu miasteczka rozległ się płacz małego dziecka. Niemowlę wyrwane ze snu koszmarem wzywało ile sił w płucach matkę, która leżała nieruchomo w kałuży, a jej ciemnymi włosami smagał wiatr.
^^^
Drzwi pokoju na piętrze otwarły się z trzaskiem. Stanęła w nich brązowowłosa dziewczyna, na jej twarzy malowała się wściekłość.
- Elisa! Kto pozwolił ci dotykać moich książek?!- krzyknęła rozjuszona. Ciemnowłosa nastolatka siedzące na łóżku automatycznie schowała wolumin za plecy i uśmiechnęła się niewinnie.
- Eee... Ja tylko pożyczyłam sobie na chwilę... Wiesz, mieliśmy zadanie o średniowiecznych czarownicach w Anglii...- skłamała.
- To po co ci były „Największe zaklęcia czarno magiczne”? – założyła ręce na piersiach i spojrzała groźnie na siostrę.
- Aaa... Musiałam pomylić książki...
- Nie kłam, nie umiesz...- stwierdziła szybko przeszywając siostrę wzrokiem.
- Nie patrz tak na mnie. No dobra, dobra... Ojciec nie pozwala mi się uczyć zaawansowanej czarnej magii. Myślałam, że nie zauważysz, że zginęła ci jedna książka.- uśmiechnęła się przepraszająco.
- Żeby mi to było ostatni raz. Czemu chcesz się uczyć czarnej magii?- zapytała unosząc jedną brew do góry, na co Elisander wybuchła śmiechem.
- Zawsze bawiło mnie kiedy robiłaś taką minę... Zabawnie wyglądasz...- nie dokończyła bo Iteke uderzyła w nią poduszką.
- Ej to bolało!- udała obrażoną czarnowłosa.
- Bo miało. O co chodzi z ojcem?- usiadła na łóżku obok siostry.
- Wiesz jaki on jest. Uparł się, że ja mam poznać tylko podstawy, bo „dama nie powinna posługiwać się takimi okrutnymi dziedzinami magii”. Kiedy zapytałam dlaczego tobie wolno odpowiedział, że to nie moja sprawa. Nie prowadziłam dalej rozmowy, to nie miałoby sensu...- umilkła z zezygnacją.
- Ojciec chcę dla ciebie jak najlepiej...
- Mówisz jak matka! Przestańcie w końcu wszyscy wtrącać się do mojego życia. Wiem co jest dla mnie dobre.- podniosła głos. Iteke po raz kolejny dostrzegła to jak bardzo ta młoda jeszcze dziewczyna podoba jest do pana Blaise. Nawet sposób w jaki mówiła sprawiał nieodparte wrażenie podobieństwa. Mimo dobrotliwości, pełno w niej było uporu i zaciętości.
- Rób co chcesz... Jak dla mnie, to ojciec nie pozwoli byś wpadła w złe towarzystwo. Chroni cię mimo wszystko... Szczególnie teraz...- dokończyła ciszej.
- Mam dość jego ochrony... Ty oczywiście wiesz o wszystkim! Mi nic nie powiedział! Co takiego dzieje się w świecie czarodziejów?- zapytała z wyrzutem.
- Jesteś jeszcze za młoda, nie mogę ci powiedzieć... Ja wiem, bo mnie ojciec nigdy nie chronił przed złem tego świata. Nigdy nie byłam tak ważna jak ty....- powiedziała cicho i wyszła. Elisander została sama ze zdziwioną miną.
^^^
- Aronie... Przecież nie możesz odmówić...Zastanów się jeszcze.
W przestronnym gabinecie pana Blaise panował półmrok. Jedynym źródłem światła był ogień w kominku i mała lampa stojąca na blacie biurka. Twarz gospodarza domu zdawał się być jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle. Słabe światło pogłębiało liczne zmarszczki wokół jego oczu. Naprzeciw niego w wygodnym, zdobionym fotelu rozsiadł się prawie siwy, lecz nadal bardzo przystojny mężczyzna.
Pan Black senior siedział teraz ze zmartwioną twarzą przyglądając się przyjacielowi, który pogrążony był w myślach.
- Nie, Alabastorze... Zdecydowanie nie...- odpowiedział cicho mężczyzna marszcząc brwi.
- Jesteś pewien? Może...- zaczął nachylając się bardziej nad biurkiem.
- To moje ostatnie słowo...- przerwał mu.
Duży zegar w rogu wybił właśnie północ.
- Skoro tak. Żegnam cię, jest już późno, a mam jeszcze coś do załatwienia.- wstał i skinął lekko głową.
- Pozdrów Elisabeth... Pamiętaj, że jesteście zawsze mile widziani w naszym domu.- dodał pan Blaise.
- Dziękuję na pewno jeszcze was odwiedzimy. A teraz życzę miłej nocy...- rozległo się ciche pyknięcie i mężczyzna zniknął.
Aron Blaise zawiesił przez chwilę głowę przyglądając się swoim dłoniom. Nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel przystąpił do morderców...
Przymknął na chwilę zmęczone oczy i westchnął.
- Najwyższy czas na sen...- szepnął do siebie.
Nastrój:
tagi:
Trzy
niedziela, 8.listopada.2009, 17:41
- Panienko Iteke... Niech się panienka obudzi...
Stado rozjuszonych słoni zaczęło się rozmazywać, a olbrzymi kruk nadal skrzeczał przeraźliwie nad jej głową.
- Panienko...
Wbił swojego długie szpony w jej bok...
Iteke zerwała się nagle z łóżka, powodując, że małe stworzenie stojące zaraz obok niego odskoczyło i zakryło dłońmi okrągłą, niewymiarową główkę.
- Kredek... Ach... To tylko ty...- odetchnęła z ulgą. Skrzat domowy rozchylił lekko palce ukazując wystraszone, wodniste oczy.
- Kredek nie chciał panienki wystraszyć... Pan mu kazał obudzić panienkę, bo siostra panienki wróciła...
- Elisa? Jak mogłam zapomnieć...- szepnęła do siebie.
Kilka minut później jej bose stopy dotykały już zimnych, kamiennych schodów gdy zmierzała w kierunku salonu. Uchyliła drewniane, zdobione drzwi i zajrzała do wnętrza przestronnego pomieszczenia. Na kanapie przed kominkiem siedziała ładna dziewczyna, miała ok. 15 lat. Jej ciemne, błyszczące włosy odbijały promyki padającego do salonu światła. Rozmawiała o czymś wesoło z matką.
Gdy drzwi skrzypnęły twarze zgromadzonych osób odwróciły się w ich kierunku.
- Ite!- czarnowłosa rzuciła się na szyję starszej siostrze. Mimo braku podobieństwa fizycznego matka zawsze powtarzała im, że są jak dwie połówki jabłka. Częste kłótnie jakie można było słyszeć na drugim piętrze domu, gdzie znajdowały się pokoje obu dziewcząt, były kiedyś na porządku dziennym, ale nigdy żadna z nich nie zdradziła by siostry. Teraz gdy widywały się jedynie w wakacje stały się prawie nierozłączne.
- Elisander, córeczko zostaw siostrę i zjedz z nami śniadanie...- chłodny głos ojca spowodował, że z twarzy Iteke spełzł uśmiech. Młodsza dziewczyna popatrzyła z niedowierzaniem na oboje.
- Przejdźmy do jadalni...- zaproponowała szybko pani Blaise.
^^^
Ciężkie krople deszczu uderzały w szyby salonu w którym siedziała młoda dziewczyna. Iteke wpatrzyła się w płaczący świat próbując opanować złość, która pulsowała w jej żyłach. Uciskała w sercu niczym niewidzialna uprząż. Czuła jak fale ciepła napływają do jej czaszki, a później rozchodzą się niczym trucizna po ciele. Gdy mosiężna kołatka uderzyła trzykrotnie w drzwi wejściowe dziewczyna przybrała jeden ze swoich uśmiechów.
Po krótkiej chwili do salonu wszedł blondwłosy mężczyzna trzymający dłoń ładnej ciemnowłosej dziewczyny. Iteke spojrzała na nią z wyższością. Gardziła nią. Jessica odebrała jej przyjaciela, najważniejszą osobę w życiu . Zajęła jej miejsce w jego sercu. Gdy w Hogwarcie zostali parą Daniel miał coraz mniej czasu. Nie mogła okazać swojej słabości, była zbyt dumna, ale wypowiedziała krukonce cichą wojnę.
- Witajcie... Może usiądziecie?- zaproponowała. Para zajęła miejsca na kanapie naprzeciw niej. Brunetka siedząca obok mężczyzny odgarnęła pasmo włosów z czoła i uśmiechnęła się niepewnie.
- Eee... Iteke przyjechaliśmy...- ścisnęła mocnej dłoń narzeczonego.- Zaprosić cię na nasz ślub...
- Uroczystość odbędzie się w katedrze św. Pawła dwudziestego sierpnia. Mamy nadzieję, że zaszczycisz nas swoją obecnością.- dokończył blondyn. W jego oczach zapłonęły wesołe iskierki, był taki szczęśliwy. Nie mogła się opanować i obdarzyła go promiennym uśmiechem, w jego obecności czuła się pewnie. Od zawsze był jej sposobem na różnorakie troski.
- Oczywiście Danielu. Z przyjemnością...
- Możesz przyjść z osoba towarzyszącą- dodał z uśmiechem. Na jego słowa dziewczyna skrzywiła się nieznacznie.
- Przyjdę z moim narzeczonym...- oczy mężczyzny rozszerzyły się ze zdziwienia.- Tak... Ojciec zaręczył mnie z Evanem Rosierem... Za rok wychodzę za mąż.
- Ale... Przecież... Czy ty go w ogóle kochasz?- zapytał zaskoczony. Dziewczyna wstała z fotela i podeszła do olbrzymiego okna wychodzącego na ogród.
- Nie...- ledwie dosłyszalny szept wydobył się z jej ust.
Mężczyzna podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu.
- To nic... Od dawna spodziewałam się, że takie będzie moje życie. Jak zawsze ojciec decyduje o wszystkim. Cóż zrobić? Trzeba żyć dalej...- uśmiechnęła się smutno. Nie chciała pokazać tego jak bardzo się boi, jak nie chce spędzić reszty życia z kimś kogo nawet nie zna.
- Może ja spróbuję z nim porozmawiać...- zaproponował mężczyzna uśmiechając się łagodnie.
- Nie... To niczego nie zmieni, a rozwścieczy go jeszcze bardziej... Zresztą nie chcę mieszać cię w moje kłótnie z ojcem. Jednak dziękuję za propozycję.- powiedziała wymijająco. Do końca wizyty starała się unikać wzroku Daniela.
^^^
- Dobry wieczór...
Iteke siedział przed kominkiem w salonie próbując skupić się na lekturze książki, którą trzymała w rękach, ale nachalne myśli powodowały, że nie mogła nawet przypomnieć sobie czego dotyczy owy tekst. Ogień migotał wesoło rzucając światło na jej bladą twarz.
Męski głos rozdarł snującą się po kątach ciszę. Dziewczyna, która pochłonięta była rozmyślaniami nawet nie zauważyła kiedy młody mężczyzna usiadł obok niej na kanapie.
- Witaj Ite...- spojrzała zaskoczona na twarz przystojnego bruneta.
- To ty? Wybacz. Nie zauważyłam kiedy przyszedłeś.
- Nic nie szkodzi... Chciałbym z tobą porozmawiać. – dopiero teraz zauważyła, że mężczyzna wygląda nieco inaczej. Jego zazwyczaj zdrowa cera była teraz jakby poszarzała, a oczy podkrążone. Zaciekawiona odłożyła książkę.
- Jaka to sprawa sprowadza cię do mnie o tej porze?
- To bardzo poufne...- ściszył głos.- Słyszałaś może o Tomie Riddle’u? Był przyjacielem mojego ojca z czasów szkolnych.
- Och... Tak... Był ostatnio u mojego ojca...
- Dobrze. To potężny czarodziej... Poprosił mnie o przysługę. Muszę wyjechać na jakiś czas...- westchnął.- Jemu się nie odmawia.
- Wszystko w porządku, ale po co mi to mówisz? Co ja...
- Masz zostać moją żoną... Chcę byś wiedziała co się ze mną dzieje.- popatrzył na nią dziwnie. Iteke nigdy jeszcze nie widziała go w takim stanie... Nikt jeszcze nie patrzył na nią z taka ufnością. Uśmiechnęła się mimowolnie.
- Dziękuję, że się ze mną liczysz.- pierwszy raz w życiu poczuła do niego taką sympatię. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech i zbliżył się do niej.
- Wiesz, nigdy nie zwróciłem uwagi na to, że jesteś taka ładna.- musnął delikatnie jej szyję. Dziewczyn automatycznie odsunęła się od niego.
- Jest już późno...- zaczęła.
- Racja... Przepraszam cię za najście. Dobranoc.- wstał i założył pelerynę.
- Evan... Zapomniałabym... Pójdziesz ze mną na ślub mojego przyjaciela? Może pamiętasz Daniela Juksona...
- Chyba kojarzę... Będę zaszczycony...- ukłonił się lekko i wyszedł.
^^^
- Proszę.
Drewniane drzwi do jasnego gabinetu znajdującego się na parterze ogromnego domostwa otwarły się ze skrzypnięciem. Za biurkiem siedział mężczyzna w średnim wieku, jego ciemne włosy oszronione były siwizną, a bystre, ciemne oczy zdawały się przeszywać na wskroś.
- Podobno chciałeś mnie widzieć...- chłodny głos dziewczyny przerwał ciszę.
- Tak... Usiądź proszę...- wskazał jej miejsce naprzeciw biurka. – Chyba najwyższy czas na rozmowę. Był tu ostatnio mój przyjaciel z lat szkolnych...- zawiesił na chwilę głos jakby zastanawiał się nad swoimi słowami.- Tom Riddle... Wielki czarodziej, już w Hogwarcie posiadał niesamowite umiejętności... Budził w nas respekt i podziw... Kilka dni temu przybył tu by zaproponować mi współpracę... Miałbym stanąć w szeregach jego zaufanych przyjaciół w zamian za co nasza rodzina posiadła by wiele dodatkowych praw, gdy on obejmie już władzę w Ministerstwie... Cóż za zachęcająca propozycja... Jednak gdy wyjawił mi na czym miało by polegać moje zadanie...- potarł kciukami skronie.- Nie zgodziłem się... Nie będę polować na mugoli, zabijać ludzi, którzy w jakiś sposób mu się narazili. Honor i nazwisko mi na to nie pozwala...
- Jednak nie bardzo rozumiem co to wszystko dotyczy mnie?- przerwała mu dziewczyna.
- Chodzi o to, że... Lord Voldemort- jak go teraz zwą, chciałby mieć też młode pokolenie w swoich zastępach... Wiem, że jesteś już pełnoprawnym czarodziejem, ale chciałbym prosić cię...- zamilkł na chwile jakby te słowa sprawiały mu dużą trudność.- Nie przystępuj do niego... Nie hańb naszego nazwiska...- spojrzał na córkę z nadzieją. Chwila ciszy jaka nastała po jego słowach dłużyła się w nieskończoność.
- Evan dla niego pracuje...- szepnęła. Pan Blaise poruszył się niespokojnie jakby było to dla niego dużym zaskoczeniem.
- Edgar zawsze był uległy, imponowały mu zdolności innych... Widzę, że jego syn jest podobny...- podniósł wzrok i spojrzał przez okno wychodzące na drewnianą altankę. Światło zachodzącego słońca oświetliło jego twarz porytą licznymi zmarszczkami, co nadało mu jeszcze starszy wygląd. Dziewczyna pierwszy raz od wielu lat przypomniał sobie jaki jest naprawdę jej ojciec. Mimo maski oziębłego i rygorystycznego tyrana był jej autorytetem. Kiedy miała cztery latka miał zwyczaj opowiadania jej o miejscach w których był i ludziach których poznał. Nie potrafił wprost okazywać swoich uczuć, ale zawsze chciała dla córek jak najlepiej.
- Dobrze tato... Spełnię twoją prośbę...- szepnęła tchnięta wspomnieniami. Ojciec popatrzył na nią ze zdziwieniem. Nie mówiła do niego „tato” dokąd skończyła 8 lat.
- Dziękuję...
To ostatnie słowo uznała za koniec rozmowy. Wstała powoli, rzuciła ostatnie spojrzenie ojcu i wyszła by nadal zmagać się z życiem, które od tej chwili zmieniło się na zawsze.
Nastrój:
tagi:
Dwa
niedziela, 8.listopada.2009, 17:40
Augustus Rookwood siedział w wygodnym fotelu w swoim gabinecie. Jego czaszkę przeszywał pulsujący ból. Nigdy nie był najlepszym kompanem do kieliszka, a na wczorajszym przyjęciu trochę przesadził z alkoholem. W końcu nie odmawia się wypicia za zdrowie przyszłej młodej pary, gospodarza przyjęcia, wszystkich czarodziejów czystej krwi ( wyróżniając wśród nich każde pokolenie).
- Dominico!- zawołał. Do pokoju weszła drobna blondynka i spojrzała na brata z politowaniem.- Nie patrz tak tylko przynieś mi wody z cytryną i lodem... Strasznie boli mnie głowa...
- Mówiłam ci żebyś nie pił tyle, przecież nigdy nie miałeś do tego głowy....- powiedziała z wyrzutem i wyszła. Po kilku minutach wróciła z tacą na której stała szklanka wody i flakonik z jakimś eliksirem.- Wypij to, powinno pomóc...
- Dziękuję ci...
Kobieta ruszyła ku wyjściu, ale nagle zatrzymała się i odwróciła.
- Był ty wczoraj Tom... Nie było cię więc kazał mi przekazać, że odnalazł coś na tamta starego Godryka...- powiedziała. Mężczyzna na te słowa zerwał się z krzesła i podszedł do wieszaka na którym wisiał jego płaszcz.
- Nie czekaj na mnie, nie wiem kiedy wrócę...- rzucił tylko i aportował się.
^^^
- Witaj Augustusie...- mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.- Jak już zapewne wiesz, byłem wczoraj w twoim domu.... Chciałem podzielić się z tobą informacjami, które zdobyłem na temat własności Gryfindora. Dwa dni temu odwiedziłem dawną znajomą... Amanda Dippet zdradziła mi, że jej ojciec już od dłuższego czasu pracuje nad starą Tiarą Przydziału. Chce zawzięcie wyciągnąć z niej coś na temat miecza jej właściciela. Podobno takowy istnieje, a Godryk ukrył go tak, że „tylko człowiek o szlachetnym sercu” może go odnaleźć.- prychnął.
- Więc jak chcesz to zrobić Lordzie?- zaciekawił się tamten.
- Najpierw muszę się jakoś dostać do Hogwartu... Nawet chyba mam pewien pomysł... – zamyślił się mężczyzna. – Jednak to wszystko o czym teraz tutaj słyszysz musi pozostać miedzy nami. Augustusie czy chcesz nadal pracować nad tą sprawa?
- Oczywiście...
- W takim razie musisz złożyć Przysięgę Wieczystą.... Czy jesteś na to gotów?- kąciki ust jego rozmówcy drgnęły nieznacznie. Pochylił głowę zastanawiając się nad czymś gorączkowo.
- Tak... Zrobię to... Dla ciebie wszystko przyjacielu...- szepnął, a jego źrenice rozszerzyły się pod wpływem adrenaliny gdy srebrny płomień splótł ich dłonie.
^^^
- Dumbledore... Czy to oznacza, że on wrócił?- szepnął młody mężczyzna siedzący przy dużym stole w jadalni. Siwy staruszek przechadzający się po pokoju skinął głową. Jego stara twarz pokryta była pajęczyną zmarszczek, a oczy wydawały się być zmęczone i poczerwieniałe z niewyspania.
- Podejrzewam też, że to on zamordował Amande... Jednak nadal nie wiem po co... Z zemsty? Może chciał wyciągnąć z niej jakieś informację... To wszystko to tylko spekulacje, domysły... To byłaby już jego druga ofiara jako Lorda Voldemorta...
- Nie mogę uwierzyć... Kiedy byłem w pierwszej klasie, on dostał odznaczenie za szczególnie zasługi dla szkoły... Prefekt, prymus, jeden z ulubieńców Shlughorna... Przecież...
- Nie ulegaj stereotypom Danielu. Horacy zawsze odpowiednio umiał dobrać sobie „towarzyszów”. Nie zaprzeczysz, że Tom miał zadatki na kogoś wielkiego i nie wykluczone, że nim się stanie. Jak zauważyłeś jego poczynania już teraz stały się dość popularnym tematem... Zadziwiające jak wieści szybko się rozchodzą.- siwy mężczyzna przystanął i machnął ręką jakby chciał dogonić od siebie natrętne myśli. Po chwili opadł na krzesło i westchnął głęboko. Był tak samo bezradny jak mała ćma szarżująca wokół lampy naftowej stojącej na stole.
^^^
Olbrzymia posiadłość rodu Blaise skąpana była w blasku zachodzącego słońca. Przez witraże w holu przedstawiające znanych, starożytnych magów prześlizgiwały się smugi światła powodując, że wnętrze domu wypełniało się paletą najróżniejszych barw.
Młoda dziewczyna siedziała na schodach obserwując tysiące rozmigotanych promyków odbijających się w jej włosach. Od kiedy pamiętała ten widok towarzyszył jej długimi, nudnymi popołudniami, które spędzała w tym domu.
Nagle usłyszała pukanie do drzwi obwieszczający czyjeś przybycie. Nie miała jednak najmniejszej ochoty odrywać się od swoich myśli. Kiedy po raz trzeci nagłe uderzenie mosiężną kołatką rozdarło cisze, brutalnie zabierając z jej umysłu prawie namacalną wizje przyszłości z dala od rygorystycznego ojca, otworzyła oczy.
- Kredku! Gdzie się podziały te przeklęte skrzaty?- szepnęła sama do siebie podnosząc się ze schodów. Gdy otwarła drzwi jej oczom ukazała się postać w kapturze.
- Dzień dobry. Czy zastałem pana domu?- męski, zimny głos zdawał się przeszywać na wskroś.
- Ojciec jest w swoim gabinecie... Jeśli będzie pan łaskaw zaczekać poproszę go o przyjście...- odsunęła się by wpuścić gościa.- Zaraz powinien przyjść skrzat i pana obsłużyć... Mam powiedzieć ojcu, że przyszedł...
- Tom Riddle... – syknął mężczyzna z niesmakiem. Długie blade palce zsunęły kaptur, który opadł mu na ramiona. Twarz mężczyzny była pociągła, a wyraziste rysy dodawały mu wdzięku i dostojności. Jednak mimo tego wyglądał na człowieka zmęczonego i nękanego jakąś chorobą. Miał zapadnięte policzki, a oczy zdawały się zionąć pustką.
Dziewczyna otrząsnęła się i ruszyła w stronę gabinetu ojca, jednak nadal była pod wpływem tych niesamowitych oczu. Dostrzegła w nich tak wiele... Na pozór beznamiętny wzrok nadawał mu wyniosłości, dumy i niesamowitej wielkości... Gdy dotarła na miejsce zapukała trzy razy w drewniane drzwi i weszła do środka bez zapowiedzi.
- Masz gościa. Niejaki Tom Riddle czeka na ciebie w salonie...- rzuciła obojętnie do mężczyzny siedzącego za biurkiem i wyszła z gabinetu.
^^^
Szara sowa zastukała cicho w szybę przestronnego pokoju na piętrze, który należał do starszej z sióstr Blaise. Iteke siedziała na łóżku pogrążona w lekturze. Gdy była na 274 stronie rozdziału pod tytułem „Jak rzucać zaklęcie nienamacalności” usłyszała ciche pukanie. Niechętnie oderwała się od opisu znikającego domu i otworzyła okno. Chłodne, wieczorne powietrze ugodziło ją w twarz, pachniało rosą i różami kwitnącymi w ogrodzie. Westchnęła głęboko i odwiązała list od nóżki ptaka. Zostawiając uchylone okno usiadła na swoim łóżku i rozwinęła pergamin.
Droga Iteke!
Nie widzieliśmy się od prawie miesiąca. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku. Ostatnio wydarzyło się wiele rzeczy. Chciałbym je z tobą omówić, a po za tym ja i Jess zamierzamy się pobrać. Jeśli nie będzie ci to przeszkadzać przybędziemy do twojego domu w sobotę o 17.
Pozdrawiam
Daniel
Dziewczyna odłożyła list na szafkę nocną i spojrzała przez okno. Czuła jak jej serce wypełnia zazdrość i ból...
Nastrój:
tagi:
Jedynka
niedziela, 8.listopada.2009, 17:39
Smukła blondynka podniosła wzrok znad książki. Miała jasnoniebieskie oczy, które zawsze wypełniał spokój i dobroć. Spojrzała na przechadzającą się po pokoju kuzynkę. Jasnobrązowe włosy dziewczyny upięte były z tyłu głowy w ciasny kok, tylko kilka kosmyków opadało jej niesfornie na czoło. Miała na sobie długą, błękitna suknię. Widać było, że mimo gracji i wdzięku, z jakim się poruszała, nie czuje się w tym stroju najlepiej.
- Ite, usiądź, proszę… - powiedziała dźwięcznym głosem blondynka siedząca w wygodnym, miękkim fotelu.
- Przepraszam cię, Julio, ale sama wiesz, w jakiej sytuacji jestem. Nie potrafię się uspokoić...- odpowiedziała jej drżącym głosem.
- Rozumiem. Ja tez byłam zdenerwowana przed pierwszym spotkaniem z Ivanem. Nie przejmuj się, to minie z czasem.- Uspakajała ją.
- Ależ tu nie chodzi o niego! Od dzisiejszego wieczora zależy wszystko… Całe moja przyszłe życie. Gdyby tylko pan Rosier nie obdarzył mnie taką sympatią, dziś nie miałabym na głowie Evana- westchnęła siadając obok starszej kuzynki.
- Co ty wygadujesz? Wiem, że czasami trudno przyjąć do wiadomości to, że ktoś zdecydował za ciebie, ale zobaczysz, pokochasz go w końcu.- Uśmiechnęła się pocieszająco.
- Tylko ty, Julio, miałaś takie szczęście. Większość kobiet naszego rodu żyje w małżeństwach bez miłości… Pamiętasz Elen i to, co ją spotkało, gdy uciekła z kochankiem?- Przypomniała dobrze znaną obu historię.
- Tak, to smutne…Ale ty nie musisz tak skończyć. Nie nastawiaj się od razu negatywnie do przyszłego męża, staraj się go traktować jak coś dobrego, co spotkało cię w życiu.
- Mam nadzieję, że choć trochę zmienił się od ukończenia Hogwartu… Zawsze z taka pasją opowiadał o swoich wyczynach i zamiłowaniu, jakim jest Quidditch.- Uśmiechnęła się na to wspomnienie.
- No widzisz… „Głowa do góry i duma w oczach” jak mawia mój ojciec.
•
Iteke siedziała dumnie wyprostowana przy olbrzymim, podłużnym stole zastawionym najróżniejszymi potrawami, wśród których pojawiły się między innymi francuskie, węgierskie i hiszpańskie przysmaki. Nie mogła nawet tknąć żadnej z potraw, a ciasno upięty gorset sukni powodował, że czuła się jeszcze bardziej przytłoczona. Obserwowała z zniecierpliwieniem, kiedy jej ojciec skończy uroczysty posiłek. Po około godzinie usłyszała tak upragnione ostatnie stuknięcie sztućca o talerz. Na ten dźwięk podniosła wzrok ze swoich dłoni i przeniosła go na zgromadzonych.
Naprzeciwko niej siedział przystojny, rosły mężczyzna rozmawiając żywo z siedzącym obok panem Blackiem Seniorem. Dobrze znała te jasnoniebieskie oczy i ciemne włosy, które okalały chłopięcą twarz. Evan Rosier od zawsze był obiektem pożądania wielu młodych dam, już w Hogwarcie cieszył się dużą popularnością wśród płci pięknej. Nigdy też nie ukrywał swojego zadowolenia z tego powodu.
Kiedy pan Blaise podniósł się ze swojego miejsca, wszystkie rozmowy ucichły.
Było słychać tylko tykanie starego zegara stojącego pod jedna ze ścian jadalni.
- Drogie panie i szanowni panowie… Witam wszystkich was na dzisiejszej kolacji, która została wydana na cześć naszej nowej pary przyszłych małżonków. Moja córka i potomek rodu Rosier za rok wezmą ślub. Uczcijmy to toastem. Za to małżeństwo i ich zdrowie!- Uniósł kielich w górę.- Za Iteke i Evana!
•
Pojedyncze gwiazdy na usłanym mrokiem niebie zdawały się migotać coraz słabiej, gdy postać w kapturze kroczyła brukowaną uliczka jednego z podmiejskich miasteczek. Czarny materiał zdawał się falować na nieistniejącym wietrze nadając idącemu wygląd olbrzymiego nietoperza. Jedynym dźwiękiem, który rozrywał głuchą ciszę, były kroki nieznajomego i szelest jego szat. Po chwili zniknął w jednej z furtek należącej do dużej posiadłości. Mosiężna kołatka zastukała trzykrotnie, zanim rozległy się kroki na korytarzu. Zdobione drzwi uchyliły się nieznacznie i wyjrzała przez nie twarz kobiety. Drobna blondynka spojrzała przerażonymi oczami na przybyłego gościa. Jej wąskie usta uchyliły się lekko.
- Dominico, to ja… Tom.- Usłyszała cichy męski głos, a po chwili ujrzała twarz przystojnego młodzieńca oświetloną gazową lampką, którą trzymała w ręce. Otworzyła drzwi nieco szerzej, by gość mógł wejść.
- Wystraszyłeś mnie. Tyle się teraz słyszy o złodziejach i bandytach… Człowiek już nawet we własnym domu nie może się czuć bezpiecznie- powiedziała, gdy weszli do dużej kuchni wykonanej w starym stylu.- Może słyszałeś o tym morderstwie w hrabstwie Meath… Straszne… Chcesz może herbaty?- zaproponowała
- Tak, poproszę, jeśli łaska… Masz rację, Dominico, czasy nie są najlepsze… Lepiej uważać, jeśli wychodzi się w domu wieczorem. – Mężczyzna rozsiadł się za stołem i obserwował zgrabne ruchy kobiety.
- Jednak chyba nie przybyłeś tu po to, by dyskutować na temat dzisiejszej sytuacji społecznej...- Zaczęła nalewając z imbryka wrzątku do kubków.
- Tak... Chciałem zobaczyć się z Augustusem, ale chyba go nie zastałem.- Przez ułamek sekundy spojrzał kobiecie głęboko w oczy.
- Jest dzisiaj na przyjęciu w domu państwa Blaise... Zaręczyny ich córki...- Chciała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego tylko krzywy grymas.
- Ach... Szkoda... Jednak ufam, że jesteś w stanie mi pomóc...- Nachylił się lekko nad blat i ściszył głos.- Przekaż mu, że odnalazłem wiadomości na temat starego Godryka... Pamiętaj, tylko Augustus może to usłyszeć...
- Jak sobie życzysz, Tom... Pamiętam, że mamy wobec ciebie dług wdzięczności... O tym się nie zapomina- szepnęła, a jej źrenice oczy rozszerzyły się.
- Dziękuję, Dominico... Pójdę już, muszę załatwić jeszcze kilka spraw...- Ujął jej dłoń w swoje szczupłe, blade palce i złożył na niej pocałunek, po czym wyszedł.
•
Młoda kobieta o niesamowicie zielonych oczach siedziała wygodnie rozłożona w fotelu przed kominkiem czytając gazetę. Miała na sobie starą, brązową spódnicę sięgającą kostek i białą bluzkę. Jej długie ciemne włosy spływały kaskadami po ramionach i plecach. Szczupłe dłonie przerzucały kolejne strony brukowca z niesamowitą wytwornością. Nagle na jej twarzy pojawił się wyraz niedowierzania.
- Danielu!- Zerwała się z fotela i wybiegła z pokoju.- Danielu!- zwróciła się do blondwłosego mężczyzny siedzącego przy kuchennym stole. On podniósł wzrok z nad jakichś dokumentów i spojrzał na nią swoimi mądrymi i ciepłymi oczami.
- Nie uwierzysz! Amanda Dippet nie żyje...Została zabita we własnym domu w Irlandii, była w ciąży...- szepnęła z przerażeniem. Mężczyzna wstał od stołu i ujął jej twarz w dłonie.
- Uspokój się, Jess... Zaraz dowiem się wszystkiego na ten temat... Może to nie ta sama Amanda...- mówił uspakajająco, ale dziewczyna łkała bezgłośnie, a po jej policzkach płynęły słone łzy.
- Dan... To był znów on... Czuję to...- Wtuliła twarz w ciepłe ramiona chłopaka.
- Tobie nic nie grozi... Nie dam cię skrzywdzić- oświadczył całując ją delikatnie w czoło. Dziewczyna poczuła jak po jej ciele rozchodzi się ciepłe uczucie bezpieczeństwa.
•
Czerwony płomień pojawił się w jednym z gabinetów w olbrzymim zamku gdzieś na północy Anglii. Ciepła gwieździsta noc zachęcała do spacerów, jednak siwy, stary mężczyzna nie miał w planach nawet opuszczać pomieszczenia, w którym stało jego wygodne łóżko i biurko, przy którym zazwyczaj pracował. Teraz siedział w fotelu za jego blatem i myślał nad czymś gorączkowo. Żyła na jego skroni pulsowała szybko. Był zły, zmęczony, zmartwiony... Kolejne osoby... Morderstwa...
- Tom... Ja w ciebie wierzyłem...- szepnął sam do siebie i przeniósł wzrok na pisklę wygrzebujące się w popiołów. Małe oczy feniksa pełne były nadziei i spokoju. Wstał i podszedł do żerdzi, pod którą siedział teraz drobny ptak, i pogładził długim palcem jego łepek, po czym wyjął z szafki obok kamienną misę. Starożytne znaki na jej brzegach były niezrozumiałe dla wielu śmiertelników. Mężczyzna położył ją na blacie biurka i wyciągnął różdżkę, przyłożył jej koniec do swojej skroni, a później przesłał srebrną nić do czary. Na jej powierzchni zafalowała blada twarz młodej kobiety. Jego uczennica była martwa...
Nastrój:
tagi: