Obrazek

She's like heroin to me

Powrót

Czternaście

niedziela, 8.listopada.2009, 22:31
Kolejne dziwne przedmioty upadały na podłogę dormitorium dziewcząt siódmego roku. Ciężkie woluminy obite w skórę, album ze zdjęciami, stosy ubrań, dwa pawie pióra, mosiężna waga, opakowanie po Wybuchowych Pierniczkach z nadal iskrzącymi się okruszkami, „Kodeks młodego arystokraty" i wiele innych rzeczy, o których nie wiedziała zapewne sama ich właścicielka. W środku tego bałaganu siedziała ciemnowłosa dziewczyna z burzą loków na głowie. Na jej policzkach pojawiły się dwa dorodne rumieńce, ona sama spojrzała ze zrezygnowaniem na puste dno kufra. Oparła się plecami o róg łóżka i potrząsnęła głową, jakby usilnie próbowała coś sobie przypomnieć.
Drzwi sypialni otwarły się nagle, a do środka weszła jej współlokatorka. Iteke, widząc taki stan rzeczy przystanęła na chwilę wpatrując się w Nadye oszołomionym wzrokiem. Dziewczyna była zawsze trochę roztrzepana i nie można jej było zaszczycić mianem pedantki, ale jeszcze nigdy nie zachowywała się tak dziwnie.
- A to, co ma znaczyć? Przeszedł tędy jakiś huragan?- zapytała z irytacją, zakładając ręce na piersiach. Czarnowłosa podniosła głowę i spojrzała na nią ze złością mieszającą się z frustracją.
- Dzisiaj rano, na szafce nocnej zostawiłam list, bardzo ważny list. Wzięłaś go?- zapytała oskarżycielsko, zaciskając drobne ręce w pięści. Dziewczyna stojąca w drzwiach prychnęła głośno i nie odpowiadając na pytanie zajęła się wyjmowaniem książek ze swojej torby. Brunetka zacisnęła zęby i starając się nie nadepnąć na nic ruszyła w stronę drzwi, po czym wyszła z sypialni trzaskając nimi ostentacyjnie.
Iteke spojrzała na bałagan jaki pozostawiła po sobie jej współlokatorka i westchnęła cicho, biorąc do ręki leżącą na wierzchu cienką książeczkę. Na okładce błyszczały złote litery „Kodeks młodego arystokraty". Siadając na łóżku otwarła ją na pierwszej stronie i odczytała szeptem pierwsze zdanie: „Memoria bene redditae vitae sempiterna est" *. Przymknęła na chwilę oczy, oddychając zapachem tej starej zasady, którą tak dobrze znała już od dzieciństwa.
Musiała żyć na tyle, by móc być z tego dumną.
Często była już zmęczona ciągłymi wymaganiami jej świata, zasadami, zwyczajami. Krew płynąca w jej żyłach miała przynosić dumę i wyższość nad innymi, jednak często zsyłała na nią niepotrzebne uwagi i zbyt wygórowane wymagania. Sama przed sobą nie potrafiła przyznać się do słabości. Wciąż dążyła by pierwsza zasada tego swoistego regulaminu została spełniona.
Podniosła powieki, a jej oczom znów ukazał się ten sam świat, może tylko nieco bardziej zamazany. Wstała z posłania, rzucając ostatnie spojrzenie na harmider panujący w pokoju. Skierowała się ku drzwiom, przez które kilka minut temu wyszła Nadya.
Postanowiła najpierw udać się na obiad, a później zająć się wypracowaniem z transmutacji. Szybkim krokiem przemierzyła odległość z lochów do głównego holu. O tej porze po korytarzach zamku snuło się niewielu uczniów, a byli to głównie ci z wyższych klas, dlatego w spokoju mogła się udać do zamierzonego celu.
Gdy weszła do Wielkiej Sali szukając wzrokiem jakiejś znajomej twarzy dostrzegła swoją przyjaciółkę, która teraz rozmawiała o czymś przyciszonym głosem z rok starszą Krukonką. Iteke usadowiła się na drugim końcu stołu Ślizgonów i zajęła się pieczonymi ziemniakami. Jednak nie dane jej było dokończyć posiłek w spokoju. W jej kierunku zmierzał postawny brunet o niezbyt zadowolonej minie.
- Musimy porozmawiać.- szepnął nachylając się nad dziewczyną, jednocześnie kładąc rękę na jej ramieniu. Spojrzała na Rudolfa pytająco, ale ten w odpowiedzi chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia.
Zapach stęchlizny i wilgoci uderzył ich w nozdrza, gdy weszli do jednego z dawno zapomnianych korytarzy w lochach Hogwartu. Wydawać się mogło, że chłopak dobrze zna drogę . Oddychał szybko, a z jego ust unosiła się biała para, szedł dość szybko. Nagle zatrzymali się przed drewnianymi drzwiami, a Rudolf pociągnął za mosiężną klamkę pokrytą rdzą. Wrota otwarły się ze skrzypnięciem, ukazując wnętrze komnaty spowitej w półmroku.
- Gdzie jesteśmy?- zapytała Iteke rozglądając się po pomieszczeniu, a jej wzrok zatrzymał się na kredensie wykonanym z jasnego drewna, stojącym po lewej stronie. Wąskie promienie światła słonecznego docierały tam jedynie przez szpary w drewnianych okiennicach, przysłaniających wąskie okienko.
- To nieużywane już od lat lochy zachodniej części zamku. Nawet woźny tu nie zagląda. Miejsce, w którym odbywają się spotkania uczniów w nielegalnych celach.- wyjaśnił krótko opierając się o rozpadające się biurko stojące tuż za nim.
- Więc, po co przyprowadziłeś mnie akurat tutaj?- zabrała do ręki starą księgę leżącą na meblu mającym chyba być regałem i otworzyła ją. Atrament wyblakł na tyle, że nie można było nic odczytać, ale znalazła tam też kilka zasuszonych płatków róży i kawałek pergaminu złożony na pół.
- Jak już mówiłem chcę z tobą porozmawiać, albo raczej poprosić cię o przysługę.- odpowiedział wstając i podchodząc do kredensu, który przykuł uwagę dziewczyny. Otworzył jedną z szuflad i wyjął z niej małą paczuszkę owiniętą w szary papier.- Otwórz.- powiedział spokojnie podając jej pakunek. Dziewczyna rozerwała opakowanie, a na jej dłoń wypadł złoty medalik z wygrawerowanym herbem rodowym Blaise.

^

Pierwszy kwietniowy poranek przyniósł ze sobą promienie słońca, które grzały co raz mocniej, powodując topnienie ostatnich płatów śniegu. Świat nieśmiało budził się do życia wydając kolejne pąki różnobarwnych kwiatów. Zmarznięta dotąd ziemia zdawała się oddychać pełną piersią.
W centrum Londynu nie było widać rozkwitu roślinności, jednak i tam słońce docierało nawet do najciemniejszych zakątków brukowanych uliczek.
Ciepło wlewało się nieśmiało przez zakurzone okna starych kamienic, zaglądając do pokoi wciąż śpiących mieszkańców miasta. Przez wyłaniający się z mgły rynek szedł pośpiesznie młody mężczyzna, pogrążony w swoich myślach. Pod pachą niósł Proroka Codziennego zwiniętego niedbale w rulon, a jego szary, nieco wytarty już płaszcz wzdymał się na wskutek uderzeń powietrza. Na głównym skwerze skręcił w lewo i wszedł w wąskie przejście pomiędzy dwoma budynkami. Nagle z jednego ze śmietników wybiegł bury ko,t wpadając mu pod nogi. Mężczyzna zachwiał się, bluzgając na zwierze. Gazeta, którą do tej pory trzymał z przyzwyczajenia zaciśniętą, pod lewym ramieniem upadła na szarą ziemię otwierając się na pierwszej stronie. Ten otrzepując odzienie sięgnął po nią i już miał ruszać dalej, gdy jego wzrok zatrzymał się na nagłówku porannego wydania gazety.

' Niesubordynacja w Ministerstwie Magii?'- tytuł zapisany dość dużymi literami nie mógł pozostać niezauważony, a nawet zdawał się przyciągać uwagę czytelnika.
' Jak donosi jeden z naszych tajnych współpracowników wczoraj, w Ministerstwie Magii doszło do rażących uchybień. Jeden z urzędników zajmujących wysokie stanowisko w Departamencie Tajemnic został tymczasowo aresztowany i obecnie jest przesłuchiwany. Wiadomo jedynie, że „niewymowny" złamał jedną z najbardziej przestrzeganych zasad w tym dziale Ministerstwa. Ze względu na tajność sprawy, jaka jest przeprowadzana nie ujawniamy nazwiska tegoż pracownika. Więcej na str.4.'
Na tym kończyła się, krótka informacja. Mężczyzna jeszcze raz przebiegł wzrokiem po tekście i składając gazetę na pół zerknął na zegarek. Zaklął pod nosem i rozglądając się uważnie dookoła wyjął z kieszeni płaszcza cienką różdżkę. W wąskiej uliczce rozległo się ciche pyknięcie, a mężczyzny już nie było.

^

Na końcu jednego z długich korytarzy Ministerstwa Magi, i znajdował się przestronny gabinet, należący do zastępcy szefa Biura Brytyjskiego Przedstawicielstwa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, w którym znajdowały się dwa biurka, a przez duże okno wpadały promienie porannego słońca. Przy jednym z nich siedział młody brunet przeglądając jakieś notatki. W jednej ręce trzymał kubek z stygnącą kawą. Nagle drzwi do pomieszczenia otwarły się, a w progu pojawił się wysoki, szczupły mężczyzna o płowych włosach. Wyglądał na podekscytowanego czymś. W jednej ręce trzymał poranne wydanie Proroka Codziennego, a w drugą zacisnął na złotej klamce.
- Czytałeś dzisiejsze wydanie Proroka?- zapytał współpracownika, który dopiero teraz zwrócił na niego uwagę i oderwał wzrok od skrzętnie spisanych kartek notesu. Spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- A niby po co? Piszą coś ciekawego? Bo ostatnio wolę tam nawet nie zaglądać, same bzdury.- prychnął pogardliwie i podniósł kubek do połowy wypełniony czarnym płynem. Wypił łyk już nieco zimnej kawy, a na jego twarzy pojawił się grymas.
- Zobacz sam.- rzucił mu gazetę na biurko i oparł się o blat swojego miejsca pracy, patrząc z satysfakcją na zdumioną minę kolegi. Evan z zainteresowaniem czytał kolejne wersy brukowca, po czym odchrząknął i spojrzał na przyjaciela przyglądającego mu się uważnie.
- Wydaje ci się, że chodzi o Rookwooda?- zapytał po chwili namysłu ściszając nieco głos . Blondwłosy mężczyzna potrząsnął czupryną.
- Nie mam pojęcia, a jeśli tak to Czarny Pan nie będzie zadowolony. Ale żeby on był tak głupi... Dobrze znał rozkład strażników, patroli. Wydaje mi się to nieprawdopodobne.- zaczął krążyć po gabinecie zastanawiając się nad czymś gorączkowo.
- Trzeba to sprawdzić. Idź do Gibbona, a ja spróbuję wyciągnąć coś od Croucha.- blondyn skinął głową i opuścił biuro. Młody Rosier zmarszczył brwi i wstał zza biurka rzucając na nie wyświechtaną gazetę i również skierował się do drzwi.


* „Pamięć dobrze przeżytego życia jest wieczna"

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


0 komentarzy
Następne Poprzednie