Cztery
niedziela, 8.listopada.2009, 17:42
Ciężkie krople deszczu sypały się z nieba niczym odłamki tłuczonego szkła wplątując się w ciemne włosy dziewczyny biegnącej brukowana uliczką. Wodospad łez nieba niesionych z wiatrem uderzał w jej twarz prawie raniąc przy tym delikatną skórę policzków. Kropelki potu na jej czole mieszały się z deszczowa wodą. Pędziła ile sił w nogach oglądając się co chwilę ze strachem za siebie. Czuła, że jej koniec zbliża się nieuchronnie...
Twarz miała zaciętą, nawet przez chwilę nie zwątpiła, nie chciała się poddać...
Mimo szumu wiatru w uszach usłyszała słowa wypowiadane gdzieś z oddali.
- Crucio!
Jej ciało upadło na zimny bruk. Agonia, strach, ból... Każda nowa myśl przychodziła z paraliżującym bólem. Pragnęła żeby to się skończyło... Nagle wszystko ustało.
- Przystąp do nas, nie bądź głupia Anno...- stanowczy głos mężczyzny prawie zagłuszał łoskot porywistego wiatru. Mimo mroku panującego w tym z zakątków uliczki dziewczyna widziała twarz oprawcy. W oczach tak dobrze znanego jej mężczyzny dostrzegała teraz desperację. Zmęczona twarz zdawała się błagać o zgodę.
- Nie mogę Evanie... Nie zostawię Feliksa... Nie zmusi mnie do tego ani ojciec, ani ty.- szepnęła unosząc głowę.
- Sama wybrałaś...- uniósł różdżkę.
- Avada kedavra!- błysnęło zielone światło, a twarz mężczyzny zastygła w niemym wyrazie bólu.- Żegnaj Anno...
Po chwili rozległ się trzask i było słychać już tylko przeraźliwy ryk wiatru, który zdawał się śpiewać żałosną pieśń.
Kilka przecznic dalej na poddaszu białego domu na uboczu miasteczka rozległ się płacz małego dziecka. Niemowlę wyrwane ze snu koszmarem wzywało ile sił w płucach matkę, która leżała nieruchomo w kałuży, a jej ciemnymi włosami smagał wiatr.
^^^
Drzwi pokoju na piętrze otwarły się z trzaskiem. Stanęła w nich brązowowłosa dziewczyna, na jej twarzy malowała się wściekłość.
- Elisa! Kto pozwolił ci dotykać moich książek?!- krzyknęła rozjuszona. Ciemnowłosa nastolatka siedzące na łóżku automatycznie schowała wolumin za plecy i uśmiechnęła się niewinnie.
- Eee... Ja tylko pożyczyłam sobie na chwilę... Wiesz, mieliśmy zadanie o średniowiecznych czarownicach w Anglii...- skłamała.
- To po co ci były „Największe zaklęcia czarno magiczne”? – założyła ręce na piersiach i spojrzała groźnie na siostrę.
- Aaa... Musiałam pomylić książki...
- Nie kłam, nie umiesz...- stwierdziła szybko przeszywając siostrę wzrokiem.
- Nie patrz tak na mnie. No dobra, dobra... Ojciec nie pozwala mi się uczyć zaawansowanej czarnej magii. Myślałam, że nie zauważysz, że zginęła ci jedna książka.- uśmiechnęła się przepraszająco.
- Żeby mi to było ostatni raz. Czemu chcesz się uczyć czarnej magii?- zapytała unosząc jedną brew do góry, na co Elisander wybuchła śmiechem.
- Zawsze bawiło mnie kiedy robiłaś taką minę... Zabawnie wyglądasz...- nie dokończyła bo Iteke uderzyła w nią poduszką.
- Ej to bolało!- udała obrażoną czarnowłosa.
- Bo miało. O co chodzi z ojcem?- usiadła na łóżku obok siostry.
- Wiesz jaki on jest. Uparł się, że ja mam poznać tylko podstawy, bo „dama nie powinna posługiwać się takimi okrutnymi dziedzinami magii”. Kiedy zapytałam dlaczego tobie wolno odpowiedział, że to nie moja sprawa. Nie prowadziłam dalej rozmowy, to nie miałoby sensu...- umilkła z zezygnacją.
- Ojciec chcę dla ciebie jak najlepiej...
- Mówisz jak matka! Przestańcie w końcu wszyscy wtrącać się do mojego życia. Wiem co jest dla mnie dobre.- podniosła głos. Iteke po raz kolejny dostrzegła to jak bardzo ta młoda jeszcze dziewczyna podoba jest do pana Blaise. Nawet sposób w jaki mówiła sprawiał nieodparte wrażenie podobieństwa. Mimo dobrotliwości, pełno w niej było uporu i zaciętości.
- Rób co chcesz... Jak dla mnie, to ojciec nie pozwoli byś wpadła w złe towarzystwo. Chroni cię mimo wszystko... Szczególnie teraz...- dokończyła ciszej.
- Mam dość jego ochrony... Ty oczywiście wiesz o wszystkim! Mi nic nie powiedział! Co takiego dzieje się w świecie czarodziejów?- zapytała z wyrzutem.
- Jesteś jeszcze za młoda, nie mogę ci powiedzieć... Ja wiem, bo mnie ojciec nigdy nie chronił przed złem tego świata. Nigdy nie byłam tak ważna jak ty....- powiedziała cicho i wyszła. Elisander została sama ze zdziwioną miną.
^^^
- Aronie... Przecież nie możesz odmówić...Zastanów się jeszcze.
W przestronnym gabinecie pana Blaise panował półmrok. Jedynym źródłem światła był ogień w kominku i mała lampa stojąca na blacie biurka. Twarz gospodarza domu zdawał się być jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle. Słabe światło pogłębiało liczne zmarszczki wokół jego oczu. Naprzeciw niego w wygodnym, zdobionym fotelu rozsiadł się prawie siwy, lecz nadal bardzo przystojny mężczyzna.
Pan Black senior siedział teraz ze zmartwioną twarzą przyglądając się przyjacielowi, który pogrążony był w myślach.
- Nie, Alabastorze... Zdecydowanie nie...- odpowiedział cicho mężczyzna marszcząc brwi.
- Jesteś pewien? Może...- zaczął nachylając się bardziej nad biurkiem.
- To moje ostatnie słowo...- przerwał mu.
Duży zegar w rogu wybił właśnie północ.
- Skoro tak. Żegnam cię, jest już późno, a mam jeszcze coś do załatwienia.- wstał i skinął lekko głową.
- Pozdrów Elisabeth... Pamiętaj, że jesteście zawsze mile widziani w naszym domu.- dodał pan Blaise.
- Dziękuję na pewno jeszcze was odwiedzimy. A teraz życzę miłej nocy...- rozległo się ciche pyknięcie i mężczyzna zniknął.
Aron Blaise zawiesił przez chwilę głowę przyglądając się swoim dłoniom. Nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel przystąpił do morderców...
Przymknął na chwilę zmęczone oczy i westchnął.
- Najwyższy czas na sen...- szepnął do siebie.
Nastrój:
tagi: