Obrazek

She's like heroin to me

Powrót

Dwanaście

niedziela, 8.listopada.2009, 22:29
Promienie wschodzącego słońca odbijały się od płatów śniegu zalegających na niegdyś zielonych błoniach Hogwartu. W starych murach budynku panował spokój, tylko gdzieniegdzie paliły się pochodnie, a mały skrzat przebiegł szybko przez korytarz. Jedynie co można było teraz tam usłyszeć to cichy szelest, niemal niezauważalnych, przygotowań do nowego dnia. Ten spokój miał jeszcze długo pozostać niezakłócony. W końcu był to pierwszy dzień przerwy świątecznej i żaden z mieszkańców nie miał ochoty wybudzać się z tego słodkiego letargu.
W Pokoju Wspólnym Slytherinu także panowała cisza, od czasu do czasu przerywana chrapnięciem dochodzącym z jednego fotela stojącego koło kominka. Spod ciężkiego woluminu obitego w skórę, wystawała para pulchnych nóżek i okrągła twarz pyzatego chłopca przypominająca pączka z nadzieniem. Chłopak zachrapał głośniej i poruszył się niespokojnie, a książka, spoczywająca do tej pory na jego brzuchu, zsunęła się na podłogę, otwierając się na zdjęciu przedstawiającym dwóch magów miotających w siebie zaklęciami.
Na schodach rozległy się czyjeś kroki, a chwilę później do pomieszczenia weszła zaspana dziewczyna w zielonym szlafroku. Jej brązowe, zwykle gładko zaczesane włosy były teraz w nieładzie, a bose stopy dotykały chłodnej posadzki. Rozejrzała się wokół, jakby czegoś szukając. Nagle jej oczy rozjaśniły się. Ruszyła w stronę jednego ze stolików, na którym leżała stara księga, jednak nie dotarła do zamierzonego celu, bo potknęła się o coś leżącego na przejściu. Nagle rozległo się głośne „A! Nie we mnie!”, a dziewczyna dopiero teraz dostrzegła przyczynę swojego upadku. Podniosła się i spojrzała na przerażonego chłopaka skulonego na fotelu. Kąciki jej ust zadrżał lekko.
- Co ty tu robisz o tej porze Nott? - syknęła mrużąc oczy niczym rozjuszona kotka.
- Ja… ja tylko… tylko spałem.- wyjąkał z przerażeniem i spłonął rumieńcem. Był tak zszokowany tym, że ta Iteke Blaise - siódmoklasistka – zwraca się bezpośrednio do niego, że zaatakował go chwilowy paraliż.
- Czemu tutaj? Zapomniałeś gdzie jest twoje dormitorium? - zapytała z ironią i sięgnęła po książkę leżącą u jej stóp.
- Nie zapomniałem… czwarte drzwi po lewej… - szepnął zachrypniętym głosem i zacisnął dłonie na oparciu fotela. Twarz dziewczyny nieco złagodniała i wyglądała jakby chciała parsknąć śmiechem, ale tylko przewróciła oczami z dezaprobatą i rzuciła chłopakowi jego własność.
- Żałosne… Jak każdy z waszej rodziny. - powiedziała cynicznie i wróciła do dormitorium zapominając o rzeczy, po którą przyszła. Chłopiec siedział jeszcze przez chwilę nieruchomo, po czym zabrał swoją własność i nieco chwiejnym krokiem ruszył do sypialni.
*
Podczas świątecznego obiadu z Wielkiej Sali dochodził wesoły gwar rozmów, a słodkie zapachy rozchodziły się po korytarzu drażniąc nozdrza każdego, kto tamtędy przechodził.
Brązowowłosa dziewczyna szybkim krokiem zmierzała w przeciwnym kierunku, niosąc w zaciśniętej dłoni kawałek pergaminu. Twarz miała pełną uporu, a w ciemnych oczach migotały niebezpieczne ogniki. Nagle zniknęła na schodach prowadzących na piętro.
Z impetem otworzyła drzwi sowiarni. Przywołała do siebie szarą sowę i ze zdenerwowaniem przywiązała do jej nóżki zmięty liścik. Gdy ptak wyleciał przez okno, przymknęła oczy i ze świstem wypuściła powietrze z płuc. Przyłożyła blade dłonie do skroni i zacisnęła mocniej powieki. Czuła jak jej krew szybko pulsuje w żyłach, a uczucie podniecenia i zdenerwowania powoli ustawało. Westchnęła głęboko i czując jak życiodajny tlen rozchodzi się po jej ciele otworzyła oczy. Rzuciła ostatnie spojrzenie na rozległe błonia pokryte śnieżnym puchem, nieco dłużej zatrzymując wzrok na Zakazanym Lesie falującym gdzieś aż po horyzont. Westchnęła i już spokojniej ruszyła do wyjścia.
Czuła jak emocje ją duszą uniemożliwiając racjonalne myślenie. Chciała choć na chwilę uwolnić się od przepełnionych świąteczną atmosferą murów. Zbiegała po dwa stopnie, pragnąć jak najszybciej dojść do frontowych drzwi, szerokiemu łukiem omijając Irytka grasującego po korytarzu na drugim piętrze.
Gdy otwarła stare wrota poczuła zimne, orzeźwiające powietrze, które uderzyło ją w twarz. Zeszła powoli po kamiennych schodach delektując się chwilą, przymykając zmęczone oczy.
- Nie za zimo na spacer, panno Blaise?- usłyszała za plecami czyjś głos. Odwróciła się automatycznie i spojrzała w niebieskie oczy przystojnego bruneta, który wpatrywał się w nią z zaciekawieniem.
- Czego chcesz Lestrange?- syknęła nie spuszczając z niego wzroku.
- Zaciekawiło mnie, dlaczego nie jesteś na obiedzie świątecznym. Czyżbyś nie miała apetytu?- zapytał z drwiną i uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie twoja sprawa co robię i kiedy. - warknęła i odwróciła się na pięcie. Ruszyła wąską dróżką, wydeptaną pomiędzy kolejnymi zaspami śnieżnymi, w kierunku zamarzniętej tafli jeziora. Czuła jak zimno przedziera się przez jej cienkie pończochy i sweter zarzucony na ramiona. Gdy stanęła nad brzegiem nieskazitelnej wody drżała już z zimna, a zaczerwienione policzki piekły niesamowicie. Potarła zdrętwiałe dłonie, w nadziei na odrobinę ciepła. Po chwili poczuła jak ktoś zakłada na jej barki płaszcz.
- Nie musisz mówić, że ci gorąco. Chyba twoja duma nie ucierpi jeśli weźmiesz go na chwilę.- szepnął jej do ucha ten sam głos. Iteke okryła się szczelniej i spojrzała ze złością na młodego mężczyznę.
- Po co to robisz? Tylko nie mów, że się o mnie troszczysz!
- Oj Ite…Odrobinę wiary w ludzi. Chciałem zamienić z tobą kilka zdań.- odpowiedział chowając dłonie do kieszeni wytartych spodni.
- Więc słucham- odparła już spokojniej, przyglądając mu się uważnie. Wyglądał na nieco przemęczonego, ale zadowolonego z siebie. Musiała przyznać, że miał coś w sobie. Nie był już tym chłopczykiem, którego spotykała na przyjęciach podczas wizyt u państwa Blacków. Teraz stał przed nią silny, wyskoki mężczyzna o nienagannych manierach i rysach twarzy coraz bardziej przypominających seniora rodu. Jednak w jego oczach nie było tej dumy, która cechowała większość arystokratów. Był, bądź co bądź honorowy, ale potrafił być też zwykłym chłopakiem, który robił psikusy nauczycielom. Wyglądał na niesamowicie upartego i zdeterminowanego dlatego spodziewała się, że jeśli z nim nie porozmawia, to ten nie da jej spokoju.
- Słyszałem od Bellatrix, że Evan wyjechał do Bułgarii… Masz z nim kontakt?- zapytał patrząc jej w oczy. Dziewczyna mimowolnie zacisnęła dłonie i zmarszczyła brwi.
- Tak, wyjechał… Jednak już od prawie miesiąca nie miałam od niego wieści. Miał wrócić, ale coś go zatrzymało. Później wszystkie sowy wracały bez odpowiedzi. - Te słowa wyrwały się z jej ust jak gdyby od dawna je w sobie dusiła. Spojrzała w szaro- niebieską toń jeziora.
- Ach- zamilknął na chwilę, wyraźnie się nad czym zastanawiając.- Czyli do ciebie też nie pisze.- rozejrzał się dokoła niespokojnie i ściszył głos.- Wiem, że Rookwood i kilku innych już go szukają…- szepnął niemal bezgłośnie. Iteke spojrzała na niego nieco nieobecnym wzrokiem.
- Ty… wiesz o wszystkim?- zapytała.
- Tak. O ile dobrze się orientuje, to większość ludzi z naszego środowiska jest w temacie. Takie czasy.- spoważniał, a jego twarz wydała się dziwnie dorosła.- Hm… Jeśli tylko będziesz miała od niego jakieś wieści, to daj mi znać.- popatrzył na bladą twarz dziewczyny. Jej czerwone usta drżały, a oczy pełne były niepokoju.
- Dobrze, oczywiście od razu ci powiem…- odpowiedziała i szczelniej otuliła się płaszczem. Północny wiatr rozwiał jej długie włosy, jednak nie przyniósł ukojenia myślom szarpiącym się w głowie. Nie mogła przypuszczać, że kiedyś będzie się tak przejmować losem Rosiera. Życie bywa przewrotne.
*
Ciche skrzypienie drewnianej podłogi, zdradzało czyjąś obecność w przestronnym salonie urządzonym w klasycznym stylu. Gruba warstwa kurzu zalegająca na starych deskach, tłumiła stukot obcasów kobiety, krążącej po pokoju. Po raz kolejny omiotła połami płaszcza zabrudzony parkiet, po czym usiadła w starym fotelu stojącym tuż przy kominku. Ze zdenerwowaniem założyła za ucho kosmyk ciemnych włosów opadający jej na czoło. Rozprostowała dłonie, do tej pory zaciśnięte w pięści, i spojrzała na swoje blade palce. Po chwili zamyślenia ponownie wstała i podeszła do barku zastawionego butelkami o różnej zawartości. Nalała sobie whisky i spojrzała w lustro, przyglądając się swojemu odbiciu. Długie, brązowe włosy związane były na karku w warkocz, a kilka pasemek opadało na niemalże białą, zmęczoną twarz. Mimo jej młodego wieku można było dostrzec na niej kilka zmarszczek. Kobieta parzyła w lustro z niedowierzaniem, mieszającym się z przerażeniem. Szczupłą dłonią dotknęła wystających kości policzkowych. Zamknęła oczy. Teraz na jej obliczu pojawił się błogi uśmiech, wyglądała jak gdyby przypomniało jej się coś miłego. Ten stan nie trwał długo, przerwał go stukot czyichś kroków w przedsionku.
Szatynka automatycznie sięgnęła po różdżkę. Po chwili drzwi salonu otwarły się, a stanął w nich olbrzymi mężczyzna, nieco przypominający wyglądem morsa. Na jego okrągłej twarzy pojawił się cień smutnego uśmiechu.
- Witaj Diano…- powiedział niemal szeptem wpatrując się w zmarnowaną twarz kobiety.
- Dobry wieczór Feliksie. Przestraszyłeś mnie… - odpowiedziała z wyrzutem chowając różdżkę do kieszeni.
- Wybacz, ale musiałem teleportować się wprost do domu, nie chciałem wzbudzać podejrzeń.- rozpiął guzik czarnej szaty, znajdujący się tuż pod szeroką szyją i nabrał powietrza ze świstem.
- Nic nie szkodzi. Rozgość się w mich skromnych progach. Może się czegoś napijesz? - zapytała, nieco uprzejmiej i przyłożyła do ust naczynie z brunatnym trunkiem.
- Nie wzgardzę szklaneczką whisky, miałem dość trudną podróż. Wiesz co ostatnio dzieje się w Ministerstwie… istny chaos. W dodatku tamci zaczynają go już szukać… - zawiesił głos, jak gdyby czekając na reakcje. Oczy kobiety zwęziły się nieznacznie, a jej twarz wykrzywił grymas.
- Ale nie znajdą. Zbyt wiele poświeciłam by odnaleźć mordercę mojej siostry. - warknęła i opróżniła kieliszek do końca. Nastała chwila ciszy. Mężczyzna podszedł do okna zasłoniętego kotarami i przez mała szparę spojrzał na ciemną ulicę. W tym czasie Diana nalała do dwóch szklanek trunku i podała mu jedną z nich.
- Mam nadzieję Feliksie, że się nie rozmyśliłeś… - powiedziała spokojnie, ale w jej głosie można było usłyszeć cień groźby.
- Nie! Anna była dla mnie zbyt ważna. Chcę pomścić jej śmierć. - wypowiedział te słowa z goryczą i uporem odważnie patrząc w jej zielone oczy.
- Tak więc… – wzniosła kieliszek w geście toastu - wypijmy za naszą zemstę!
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


0 komentarzy
Następne Poprzednie