Pięć
niedziela, 8.listopada.2009, 22:23
Ostatnie promienie zachodzącego słońca muskały włosy Iteke, która siedziała na parapecie okna pogrążona w myślach. W jej głowie kumulowało się coraz to więcej problemów i lęków.
Rozmowa z ojcem, spotkanie z Evanem...
Nie mogła odgonić od siebie wspomnienia tego wieczoru, kiedy to przed domem państwa Blaise zatrzymał się powóz zaprzężony w dwa czarne konie.
Oczami wyobraźni znów powróciła do momentu, gdy do salonu oświetlonego tylko blaskiem kilku świec wszedł pośpiesznie młody mężczyzna.
- Przepraszam za najście...ale przychodzę w pilnych sprawach.- wyjaśnił szybko.
- Coś się stało?- zapytała zaskoczona dziewczyna przed chwilą pochylona jeszcze nad księgą w skórzanej oprawie.
- Tak... Możemy porozmawiać w cztery oczy? – rzucił wymowne spojrzenie w stronę ciemnowłosej nastolatki siedzącej w jednym ze skórzanych foteli przed kominkiem. Elisander przyglądał się z zaciekawieniem całej sytuacji.
- Elisa wyjdź...- poprosiła łagodnie Iteke. Młodsza z sióstr z niechęcią opuściła salon.
- Dobrze...- szepnął brunet ściągając z ramion przemoczony płaszcz.
- Co sprowadza cię tutaj o tej porze?- zapytała patrząc na nieodgadnioną twarz mężczyzny. Jedyną oznaką zdenerwowania były jego drżące palce. Milczał przez chwilę.
- Mówiłam ci już, że przyjaciel z lat szkolnych mojego ojca poprosił mnie o współpracę. Czar... Tom Riddle, zaproponował ją także twojemu ojcu... - wydusił z siebie z trudem.
- Wiem...
- Dobrze, dobrze... Nie chciałem mieszać cię w te sprawy, ale... Jestem zmuszony prosić cię o to byś spróbowała przekonać go do tego...- dokończył nieco ciszej. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Unikał jej wzroku, nie chciał spojrzeć teraz w te oczy pełne niedowierzania.
- Prosisz mnie o to bym przekonała mojego ojca do stania się mordercą?- wyszeptała. Podniósł na nią wzrok. Jego oczy błyszczały niezdrowo i pełne były ukrytego bólu, co sprawiło, że jeszcze bardziej nie mogła uwierzyć w to co usłyszała.- Ty też zabijasz?
Evan poruszył się niespokojnie i zaczął krążyć po pokoju nerwowo. Na jego czole pojawiły się kropelki potu.
- To twój wybór, ale ja nigdy nie będę tego popierać...- rzuciła mu ostre spojrzenie. W jej oczach widać było rosnącą złość. – Jestem już zmęczona. Wybacz, ale pójdę się położyć. Żegnaj.
Po tych słowach opuściła salon z wysoko uniesioną głowa jakby całą swoja postawą chciała okazać dumę i wyższość.
Nie wiedziała co teraz stanie się z ich stosunkami, czym grozi decyzja ojca, czy dobrze postępuje...
Wpatrując się w zalany już mrokiem ogród starała się podjąć właściwą decyzję. Oparła głowę o chłodną okiennice i westchnęła ciężko.
- Tylko , która jest właściwa?
^^^
W jednym najposępniejszych domostw w obrzeżach małego miasteczka paliło się nikłe światło. Dom niegdyś należący do zamożnej, szanowanej rodziny stał się teraz ruderą do ,której bali podchodzić się zwykli ludzie. W okolicy mówiono, że straszy tam duch byłego właściciela, który popełnił samobójstwo po niewyjaśnionej śmierci jego jedynej córki. Trzask ognia w kominku był jedynym dźwiękiem rozchodzącym się po mrocznych, długich korytarzach prowadzących do nikąd.
W przestronnym, ponurym salonie, przed staroświeckim paleniskiem siedziała dojrzała kobieta. Jasne włosy spięte były w ciasny kok, a brązowe oczy błądziły po wnętrzu pokoju. Zdawała się na kogoś czekać. Nagle na korytarzu rozległ się stukot czyichś kroków. Drzwi otwarły się ze skrzypnięciem.
- Witaj Alicjo...-zimny głos rozdarł ciszę.
- Tom...- kobieta podniosła się i spojrzała w ciemnobrązowe oczy mężczyzny stojącego w drzwiach. Gdyby nie te oczy nie poznałaby go. Niegdyś przystojna twarz mężczyzny stała się teraz blada i jakby woskowa. Głębokie zmarszczki i sińce pod oczami sprawiały, że wyglądał na wiele starszego i zmęczonego.
- Tak, to ja... Choć wolałbym gdybyś nazywała mnie Czarnym Panem.- syknął podchodząc bliżej kominka. Słabe światło padło na jego niemalże kamienną twarz. Zapadnięte policzki, wyraziste kości, dzikość w oczach gdy wymawiał te słowa sprawiła, że kobieta odsunęła się o krok.
- Chciałeś się ze mną spotkać...- zaczęła niepewnie.
- Słyszałem, że już jutro wracasz do Bułgarii. Dlatego musimy porozmawiać... Chyba nie będziemy tak stać...
- Ach tak... Usiądź proszę... Wybacz, że nie zaproponuję ci nic do picia, ale w tym domu nie było nikogo od śmierci mojego przeklętego wuja...- skrzywiła się nieznacznie wskazując mu fotel naprzeciwko niskiego stolika.
- Wybacz, że nie przejdę od razu do sedna sprawy. Chciałem się z tobą spotkać z powodu naszej rozmowy, jeszcze przed twoim ostatnim wyjazdem... Wspominałaś mi wtedy o tym czym zajmował się twój wuj....- ściszył głos i przerwał na chwilę.- Horkuksy... był ich zaklinaczem. Chciałbym dowiedzieć się na ich temat jak najwięcej.- przejechał bladym palcem po wąskich ustach. Kobieta poruszyła się niespokojnie w fotelu. Przez ułamek sekundy wydawało się jej, że dostrzegła w jego oczach dziwny błysk.
- Po co ci to? To bardzo zaawansowana i niebezpieczna magia...- zapytała ze zdenerwowaniem. Jej dłonie leżące na padołku zacisnęły się w pięści.
- Alicjo... Dla mnie nie ma czegoś takiego jak granice... już dawno je przekroczyłem. Pogłębiam swoją wiedzę we wszystkich dziedzinach czarów... Jeszcze nikt nie zaszedł tak daleko jak ja...- mówił z pasją widoczną w każdym geście. Pieszczotliwość z jaką wypowiadał te słowa nasuwała na myśl szaleńca. Kobieta podniosła się z fotela i podeszła do okna.
- Dobrze... Jeśli ma ci to pomóc, możesz korzystać z tajnej biblioteki wuja. Znajduje się w piwnicach. Jednak teraz chciałabym wrócić już do mojego domu...- odpowiedziała zaciskając nerwowo dłonie.
- Dziękuję ci serdecznie Alicjo i pozdrów Borysa...- szepnął mężczyzna z zadowoleniem. Wstał i podszedł bliżej kobiety. Delikatny zapach perfum dotarł do jej nozdrzy. Na policzku poczuła jego ciepły oddech. – To do zobaczenia.- ostatnie słowa utonęły w szumie wiatru, który uderzał w stare okiennice salonu. Mężczyzny już nie było.
^^^
Niesamowity skwar towarzyszył sierpniowemu popołudniu. Brukowana ulica pełna była zabieganych czarodziei. Kilka starszych pań stojących przed apteką rozprawiało głośno na temat niebotycznych cen smoczej krwi, a grupy ludzi przeciskały się przez zatoczoną uliczkę gnając do wytyczonych wcześniej celów.
Brązowowłosa dziewczyna szła spokojnie rozglądając się po tłumie, próbując dostrzec młodszą siostrę. Co chwilę ktoś trącił ją łokciem, szturchnął czy nadepnął na stopę. Była zmęczona panującym tu zaduchem i gwarem. Nigdy nie lubiła wycieczek na Pokątną. Dużo bardziej wolała domowe zacisze, gdzie nie musiała ciągle ocierać się o nieznajomych, bezimiennych ludzi.
- Cholera! Gdzie oni wszyscy są?- szepnęła do siebie na co starsza pani przechodząca akurat obok popatrzyła na nią zgorszonym wzrokiem. Obejrzała się za siebie, gdy nagle poczuła jak ktoś uderza w nią z impetem. Wszystkie zakupy rozsypały się na chodniku, a dziewczyna wylądowała na ziemi.
- Przepraszam najmocniej...- usłyszała męski głos gdzieś nad sobą, a po chwili zobaczyła czyjąś głowę i wyciągniętą rękę.- Nie zauważyłem pani...
Iteke podniosła się sama ignorując pomoc. Przed nią stał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna uśmiechając się szelmowsko.
- Nic nie szkodzi. Przepraszam, śpieszę się.- rzuciła i zaczęła zbierać zakupy.
- Narobiłem bałaganu, pomogę...- schylił się i podniósł zwój pergaminu leżący na bruku.
- Nie potrzebuję pana pomocy. Żegnam.- zabrała swoją własność z jego ręki i ruszyła dalej. Była wściekła, ostatnio z niczym sobie nie radziła, nic jej nie wychodziło. Zatrzymała się nagle i usiadła na jedynej wolnej ławce tuż obok ulicy. Przymknęła zmęczone i piekące oczy.
- Gdzie jesteś Danielu? Potrzebuje cię!- szepnęła cicho.
- Witaj Iteke...- otwarła oczy. Na ławeczce tuż obok niej siedział młody mężczyzna patrząc na nią uważnie.
- Evan?
Nastrój:
tagi: