Siedem
niedziela, 8.listopada.2009, 22:25
Smużki porannego słońca prześlizgiwały się przez duże okiennice starego domu igrając wesoło we włosach dziewczyny śpiącej na łóżku. Zielona, satynowa pościel oplatała jej ciało, a jedna dłoń zwisała ku ziemi. Nagle poruszyła się niespokojnie. Przez półrozwarte powieki, między barierą snu, a rzeczywistości starała się rozpoznać miejsce w którym się znajduje. Obraz powoli wyostrzał się, a dziwne rozmazane kształty zmieniały się w przedmioty. Dziewczyna usiadła na łóżku i już całkiem przytomnie rozejrzała się dookoła. Dopiero po chwili przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru. Te wspomnienia zdawały się zabierać jej całą energię. Opadła z powrotem na łóżko zaciskając mocno powieki, jakby chciała obronić się przed nagłym przypływem uczuć. Z trudem podniosła się ponownie cała siłą woli pokonując słabość. Zarzuciła szlafrok na ramiona i wyszła z pokoju. Komnata w której spała znajdowała się na piętrze ogromnego domu państwa Rosier. Przemierzała korytarz nie bardzo wiedząc gdzie się udać.
- Panienko! Panienko...- usłyszała gdzieś za sobą piskliwy głosik. Odwróciła się i ujrzała małego skrzata domowego biegnącego w jej kierunku. Długie uczy powiewały za właścicielem, a duże wyłupiaste oczy prawie wychodziły z orbit. Zatrzymał się zasapany tuż przed jej nogami. Ze strachem złapał się za uszy i trzymał je kurczowo.
- O co chodzi?- zapytała oschle dziewczyna.
- Groszek tylko... Groszek miał panienki pilnować... To znaczy... Pan mu kazał zająć się panienką gdy panienka się już obudzi...- zaczął się jąkać coraz mocniej szarpiąc uszy.
- W takim razie chyba powinieneś wykonywać swoje obowiązki.- warknęła i ruszyła dalej korytarzem.
- Groszek sprowadzi panienkę do jadalni, zaraz zostanie podane śniadanie.- zaskrzeczał skrzat i pognał za nią. Po chwili drzwi obszernego pokoju otwarły się. Na środku stał duży, podłużny stół, a na ścianach wisiały oprawiane w złocone ramy obrazy wystrój utrzymany był w odcieniach brązu i złota. Przy zastawionym różnymi potrawami stole siedziała pulchna kobieta. Spojrzała na dziewczynę z troską. Oczy miała takie same jak syn, niebieskie i tajemnicze.
- Dzień dobry pani Rosier. Przepraszam za takie wtargnięcie w takcie śniadania, ale szukam Evana...- próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej z tego tylko krzywy grymas.
- Nic nie szkodzi moje dziecko. Evan musiał wcześnie rano wyjść do Ministerstwa, ale kazał mi się tobą odpowiednio zająć. Zjedz ze mną śniadanie.- wstała zza stołu i podeszła do dziewczyny. Poruszała się z gracja i wytwornością. Mimo nienagannych manier pozostawała jednak dobrotliwa i wesoła. Jej jasne włosy lśniły w promieniach porannego słońca. Iteke pozwoliła kobiecie zająć się sobą. Opadła ciężko na krzesło i przymknęła powieki. Gdy pomyślała o jedzeniu poczuła jak w jej gardle tworzy się kula, która uniemożliwia oddychanie. Cała siła woli stłumiła w sobie uczucie żalu i obrzydzenia. Przecież nie mogła być słaba, nie teraz, nie w domu Evana...
^^^
Ciemnogranatowe chmury zawisły nad Londynem. Silny wiatr uderzał z całą siłą w twarz dziewczyny stojącej pośród wielu nagrobków na miejskim cmentarzu. Ciężkie krople deszczu spływały po jej twarzy przywołując na myśl łzy. .Jednak ona nie płakała. Nie umiała już płakać. Patrzyła tylko pusto na biały marmur na którym wygrawerowany był napis „ Grobowiec rodziny Blaise”. Oddychała ciężko i szybko. Mimo tego, że czuła tuż obok siebie drżące ciało matki, a w ręce ściskała dłoń młodszej siostry odnosiła wrażenie, że jest sama. Może to pustka w jej sercu, a może upór z jakim nie dopuszczała do siebie uczucia tęsknoty.
Wielu czarodziei przyszło pożegnać Arona Blaise, nawet sama minister magii złożyła rodzinie kondolencję. Teraz wszyscy stali w strugach deszczu opłakując martwe ciało, a może jakże żywe wspomnienia mężczyzny, który jeszcze kilka dni wcześniej stał pośród nich. Pod czarnymi parasolami i eleganckimi szatami kryły się sztuczne łzy, obojętne spojrzenia i ironiczne uśmiechy. Każdy z nich był tu z obowiązku, przecież tak wypadało. Nagły grzmot zagłuszył łkania i żałosną pieśń wiatru hulającego pośród drzew. Ceremonia zakończyła się, a zmarznięci ludzie rozchodzili się uciekając przed zimnymi kroplami deszczu, które bez pozwolenia wdzierały się brutalnie za ich kołnierze.
Teraz przed grobowcem stała tylko brązowowłosa dziewczyna wpatrzona w datę śmierci ojca. 29 lipca 1970 r., tak zwykły dzień stał się tragedią jaka rozgrywała się nadal w jej sercu. Nagle na ramieniu poczuła czyjąś dłoń.
- Chodźmy...- usłyszała cichy głos tuż obok ucha. Odwróciła się i spojrzała w pełne współczucia oczy Evana. Narodziło się w niej nowe uczucie. Tak dobrze jej znane, lecz zapomniane. Bunt. Nie potrzebowała litości, ani współczucia. Minęła mężczyznę bez słowa i odeszła zmagając się w kolejnymi podmuchami wiatru.
^^^
- Ite... Wejdź do środka.- usłyszała za plecami męski głos. Odwróciła głowę. Na schodach altanki stał pan Black. Na siwych włosach lśniły kropelki wody, a schludny garnitur był mokry. Uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Nie mam ochoty siedzieć wśród nich... Wole tutaj... Sama...- odpowiedział cicho spojrzała ponownie na szaro-granatowe niebo.
- Wiem, że przeżywasz teraz trudny okres. Rozumiem twoje rozgoryczenie, ale musisz się w końcu z tym pogodzić.- usiadł obok niej i ojcowskim ruchem odgarnął kosmyk włosów z jej czoła.
- Ja już się pogodziłam... Tylko nie mam ochoty patrzeć na ten sztuczny żal i łzy tych wszystkich ludzi. Chciałam po prostu chwilę pobyć sama.- uśmiechnęła się blado i spojrzała w brązowe oczy pana Blacka. Patrzył na nią uważnie, jakby chciał odgadnąć jej myśli.
- Jesteś silna, niesamowicie silna... I tak podobna do twojego ojca.- stwierdził po chwili i wstał.- Ale chodźmy już do środka, bo twoja matka będzie się martwić.
- Chyba ma pan rację.- również wstała i oboje udali się w kierunku domu.
^^^
- Musisz ją przekonać... Wiesz, że od tego zależy jej życie.- syknął siwy mężczyzna do młodego bruneta stojącego naprzeciwko. Ten zaczął krążyć niespokojnie po przestronnym gabinecie, w którym się znajdowali.
- Ale panie Black... Ona się nigdy nie zgodzi. Mówiłem panu jak zareagowała na ostatnią moja propozycję.- szepnął przystając na chwilę. Wypił łyk bursztynowego trunku, który znajdował się w jego kieliszku i przygryzł dolną wargę.
- Wiesz, że jemu nie wolno się sprzeciwiać...
- Wiem, wiem! Doskonale o tym wiem... Tylko ta jej duma... Przeklęta arystokracja! To trzeba zrobić z głową...- powiedział cicho mrużąc lekko oczy. Zastanowił się chwilę.- Ona musi sama się do niego przyłączyć, inaczej nic nie wskóramy...
- Wymyśl coś, albo zostaniesz wdowcem zanim się ożenisz.- szepnął ostrzegająco i wyszedł z pomieszczenia. Młody mężczyzna podszedł do okna i spojrzał na skąpany w mroku ogród. Przybliżył kieliszek do ust i skrzywił się nieznacznie. Bezradność i upór mieszały się w nim.
- Przeklęte życie... Na Merlina, jak ja mam ją przekonać?- szepnął sam do siebie i wpatrzył się w krople spływające po szybie, niczym samotne łzy.
Nastrój:
tagi: