Sześć
niedziela, 8.listopada.2009, 22:24
Kilka kropli upadło na podłogę. Nierównomierny oddech od czasu do czasu przerywany był cichym łkaniem niosącym się po pustym pokoju. Kolejna łza spłynęła po bladym policzku. Kosmyk brązowych, rozczochranych włosów opadał niesfornie na suche, drżące wargi. Ciemne oczy pełne były smutku, bólu, żalu...
Iteke poczuła jak zalewa ją kolejna fala rezygnacji. Dłonie samoistnie zacisnęły się w pięści, powodując, że paznokcie prawie raniły skórę. Nie czuła bólu fizycznego, myślami daleko była od pokoju w którym teraz się znajdowała. Nie umiała powstrzymać kolejnych łez wymykających się jej z pod powiek. Była zmęczona... Chciała po prostu zasnąć, przestać myśleć...
Przypomniała sobie scenę z przed kilku godzin gdy weszła do domu obładowana zakupami.
Pchnęła ciężkie drzwi salonu, który otwarły się ze skrzypnięciem. Zmęczenie upałem i całodziennymi zakupami spowodowało, że teraz jak nigdy pragnęła znaleźć się w osłoniętym grubymi, starymi murami domu i wypić szklankę lemoniady przygotowanej przez skrzaty. Jednak nie dane było jej odpocząć.
W salonie, przy kominku dostrzegła kobiecą postać, w której z trudem rozpoznała swoja matkę. Jej ciało drżało lekko, a szczupłe dłonie błądziły po zabytkowej zastawie, którą przekazywano od wieków z pokolenia na pokolenie. Włosy zazwyczaj upięte w ciasny kok rozsypały się wokół zmęczonej, pooranej zmarszczkami twarzy. Czerwone, zapuchnięte oczy były nieobecne i czaił się w nich cień obłędu.
- Mamo...- szepnęła i podeszła do matki. Kobieta w średnim wieku spojrzała pusto na córkę.
- Ojciec... On... Nie żyje...- powiedziała jakby nadal nie mogąc w to uwierzyć.
Nagłe pukanie do drzwi wyrwało ją z rozmyślań. Spojrzała nieprzytomnie na drzwi, nie miała siły odpowiedzieć. Przeniosła z powrotem wzrok na niebo za oknem, jednak natarczywe pukanie nie ustało.
- Proszę...- wychrypiała. Przymknęła zmęczone płaczem oczy i wciągnęła powietrze ze świstem. Po chwili poczuła, że ktoś dotyka jej policzka. Ciepła dłoń odgarnęła kosmyki z jej twarzy.
- Tak mi przykro Ite...- niski, męski głos rozbrzmiał w jej uszach. Załkała cicho. Po chwili poczuła łagodny zapach perfum i silne ramiona obejmujące ją.
- Evan... On nie żyje...- szepnęła nie mogąc powstrzymać nagłej potrzeby wyżalenia się komuś. Kilka kolejnych kropel pozostawiło mokre ślady na czarnej szacie mężczyzny. On uniósł twarz dziewczyny, a jego miękkie usta delikatnie musnęły jej wargi. Iteke nie sprzeciwiała się, teraz tak bardzo potrzebowała czyjejś bliskości. Oddała pocałunek. Nigdy w życiu nie zaznała jeszcze tyle namiętności, jak przez tą krótką chwilę zapomnienia.
- Zabierz mnie stąd... Błagam...- szepnęła odrywając się od jego ust. Mężczyzna zdjął płaszcz i narzucił go na jej ramiona. Po chwili oboje stali już w bogato zdobionym salonie posiadłości znajdującej setki mil od domu Iteke. Dziewczyna usiadła na kanapie przed kominkiem i spojrzała na języki ognia trawiące kolejne belki drewna. Płomienie odbijały się w jej oczach rozświetlając małe źrenice. Blada twarz przypominała trupa, a dłonie zaciskały się w pięści na padołku.
- Może napijesz się czegoś?- zapytał łagodnie mężczyzna siadając obok niej.
- Whisky...- odpowiedziała podchodząc do okna. Evan stanął obok obszernego barku i nalał bursztynowego płynu do jednego z kieliszków, po czym podał go Iteke.
- Musze wysłać sowę do twojej matki. Będzie się martwić... Zaraz wrócę.- szepnął stając tuż za nią, tak że znów poczuła zapach jego wody kolońskiej. Dziewczyna skinęła tylko. Mężczyzna wyszedł z pomieszczenia.
Gdy wrócił po kilkunastu minutach zastał Iteke śpiącą na kanapie. Okrył ją szczelnie wyczarowanym kocem i usiadł w fotelu naprzeciw niej obserwując jak blask ognia igra malowniczo w jej włosach.
^^^
Wysoko nad horyzontem błyskawice rozdzierały londyńskie niebo nieuchronnie zwiastując burzę. Grzmoty przeplatały się z silnym wiatrem uderzając w okiennice jednego z domostw na przedmieściach. W gabinecie paliło się nikłe światło, rzucane przez kilka świec. Cienie padały na bladą twarz kobiety w średnim wieku siedzącej za biurkiem. Dłoń trzymała zaciśniętą na księdze oprawionej w skórzaną oprawę, złoty wygrawerowany napis głosił „Saga Szlachetnego Rodu Blaise”. Srebrzyste, migoczące kropelki upadały jedna po drugiej ma padołek. Stary zegar na ścianie wybił drugą w nocy, a dźwięk gongu wypłoszył z kąta ciszę. Niebieskie oczy wpatrywały się nieruchomo w gasnącą świecę.
Kolejny grzmot uderzył z całą swą siłą w okno, a w pokoju rozległo się ciche pukanie. Stukot dochodził zza drzwi. Po chwili mimo braku zaproszenia uchyliły się lekko.
- Greto... Mogę wejść?- kobieta podniosła wzrok i spojrzała na twarz mężczyzny stojącego w progu. Siwy, postawny mężczyzna patrzył na nią z litością. Kobieta skinęła tylko głową.
- Chciałem... Przykro mi z powodu Arona...- szepnął siadając naprzeciw niej. Przez chwilę słychać było tylko ciche tykanie zegara i szum wiatru.
- To był atak serca... Nie mogliśmy mu pomóc...- powiedziała cicho zaciskając mocniej dłonie.
- Wiem... Ta informacja pojawiła się już w Proroku Wieczornym... A ty jak się czujesz?- zapytał z troską.
- A jak mogę się uczuć Alabastorze? W głowie mam mentlik, nie wiem co robić...- załkała bezgłośnie.
- Gdybym mógł ci w czymś pomóc... - nachylił się nad blatem biurka i ścisnął jej niemalże białą dłoń.
- Nie mam na nic siły... Nie umiem poradzić sobie nawet z wydawaniem poleceń skrzatom... A co dopiero sprawy związane z pogrzebem...
- Nie martw się, zajmę się tym. Mogę też uporządkować sprawy formalne. Jeśli oczywiście się zgodzisz.- zaproponował.
- Dziękuje... Oddaje to pod twoją opiekę, bo wiem, że zawsze byliście przyjaciółmi.- odpowiedziała patrząc na pana Blacka z wdzięcznością.
- Tak... Możesz być spokojna... Chyba już czas najwyższy abyś ty też się już położyła. – wstał z fotela.
- Racja... Wezmę jakieś pigułki i postaram się odpocząć. – westchnęła krótko.- Musze być silna... Mam jeszcze córki.
- Elisander i Iteke potrzebują cię teraz jak nigdy wcześniej. W takim razie dobranoc Greto. Śpij dobrze. – ucałował jej dłoń i teleportował się.
Po chwili pan Black zmaterializował się w małym dworku gdzieś na północy Anglii. Nalał sobie whisky i usiadł w wygodnym fotelu przed kominkiem. Jego myśli krążyły wokół ostatniej rozmowy z Czarnym Panem.
- Trzeba do nas było przystąpić ty głupcze...- szepnął i zanurzył usta w bursztynowym płynie. Wpatrzył się w ogień buzujący w kominku i zmrużył oczy. Nadal nie mógł uwierzyć, że jego stary przyjaciel nie żyje z powodu dumy. Wątpił w drastyczne metody jakie stosował Lord Voldemort, ale nie sprzeciwiał się. Po prostu bał się Riddle’a. Już wtedy czuł, że jego pana będzie się bała większość czarodziejskiego świata.
Nastrój:
tagi: